Jan Skwara

Cześć, mam na imię Jasiek. Urodziłem się w Warszawie, ale w Pruszkowie mieszkam większość swojego życia, będzie już ponad 30 lat. Przeprowadziliśmy się tu z rodzicami na przełomie lat 80. i 90., w czasach gdy cała Polska żyła mafią pruszkowską. Do tego na ulicę Narodową, która mimo swej dumnej nazwy, nie była wtedy wizytówką miasta. Dość powiedzieć, że jeszcze w liceum, znajomi, przyjeżdżając do mnie, blokowali na Narodowej drzwi samochodów od środka i zamykali szyby. Zła sława nie była wyssana z palca, zdarzyło nam się znaleźć na klatce schodowej człowieka pchniętego nożem, sporo dzieciaków, z którymi grałem w piłkę czy regularnie się tłukłem (Wiesiek, pozdrawiam!), albo siedzi w więzieniu, albo pożegnało się z tym światem. Część się powiesiła, część zapiła (w tym podpałką do grilla), lub zaćpała. Dziwne to były czasy, ale wspominam je bardzo dobrze. Młodość upływała nam na dobrej zabawie, nieustannym graniu w kosza, drobnych wybrykach i oczywiście fanatycznym kibicowaniu Mazowszance. Emocje z trybun wciąż są we mnie żywe, a świętowanie dwóch mistrzostw Polski, to była radość, którą ciężko z czymś porównać.

Chodziłem do „Dziewiątki”, która nosiła wtedy dumną nazwę „Przyjaźni Polsko-Wietnamskiej”. Nie dane mi było zaprzyjaźnić się niestety z żadnym Wietnamczykiem, ale z kilkoma osobami z klasy i podwórka wciąż jestem blisko. Potem, jak na dobrego ucznia przystało, poszedłem do „Zana”, gdzie na każdej przerwie, nawet zimą, grałem z kolegami w kosza. „Zan” mógł się wtedy pochwalić jednym koszem z pękniętą obręczą, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. To też był świetny okres i kolejni przyjaciele na całe życie. A także czas zastanawiania się nad przyszłością.

Myśląc wtedy, że najważniejszy jest dobry zawód, poszedłem na elektronikę na Polibudzie i zostałem inżynierem radioelektronikiem. Studia to była męczarnia i każdego, kto mówił, że to najlepszy okres życia, miałem ochotę kopnąć w tyłek. Setki godzin w bibliotece, zakuwanie po nocach i ciągły stres, skutecznie sprawiły, że zaraz po odebraniu dyplomu otworzyłem sklep z… zabawkami.

Właśnie ten sklep (a właściwie kilka stoisk w centrach handlowych) zapoczątkował ciąg kompletnie niezaplanowanych zdarzeń, a te doprowadziły do miejsca, w którym obecnie jestem (metaforycznie i dosłownie, bo piszę te słowa z Zanzibaru). Zabawki sprzedawałem z moim najlepszym przyjacielem, z którym postanowiliśmy, że za pierwsze zarobione pieniądze gdzieś wyjedziemy. Ruszyliśmy więc na 6 tygodni z plecakami do Tajlandii i była to podróż, która kompletnie zmieniła moje życie. Już wcześniej interesowałem się fotografią, jako dziecko uczęszczałem na zajęcia do „Sokoła”, gdzie śp. Halina Muszyńska-Zdyb pokazywał nam tajniki pracy w ciemni. I choć na wiele lat rozstałem się z aparatem, to zaszczepiony bakcyl kiełkował, aby w przyszłości wybuchnąć. Na nasz wyjazd kupiłem sobie lustrzankę i okazało się, że wszystkie puzzle się połączyły – fotografia i podróże okazały się czymś, co pokochałem najmocniej i od pierwszych dni wiedziałem, że moje życie się zmieni. Trzeba było tylko znaleźć sposób, by móc wędrować z aparatem jak najwięcej. Wróciłem więc do IT i przez kilka lat tworzyłem strony internetowe, łącząc pracę z jak najczęstszymi podróżami. Ciągle intensywnie uczyłem się fotografii, samodzielnie i na różnych kursach. Okazało się, że mam talent, szybko przyszły wyróżnienia i nagrody w konkursach, zarówno krajowych, jak i międzynarodowych. Jeden z takich konkursów organizowany był przez fundację „Kadry ze Świata”, która zbierała fundusze na podróże marzeń dla dzieci zagrożonych wykluczeniem, w tym z domów dziecka. Konkurs wygrywałem trzykrotnie, po czym postanowiłem włączyć się czynnie w działania fundacji. Tak poznałem kolejnych wspaniałych przyjaciół, podróżników i fotografów.

Po kilku latach, wraz z założycielką fundacji, Moniką, otworzyliśmy Stowarzyszenie Pakuj Plecak, a potem biuro podróży, które połączyło nasze pasje, chęć pomocy potrzebującym, edukację i miłość do podróży, w jedno. Dziś organizujemy kameralne wyprawy w najdalsze zakątki świata oraz warsztaty fotograficzne w egzotycznych miejscach. Poznajemy i pokazujemy świat, fotografujemy i edukujemy. Robimy też zbiórki dla potrzebujących, a już niedługo ruszamy z zajęciami podróżniczymi i fotograficznymi dla najmłodszych.

Ostatnio w moim życiu pojawiła się kolejna pasja, czyli historyczne techniki fotograficzne, ze szczególnych uwzględnieniem techniki mokrej płyty kolodionowej. Brzmi to groźnie, a wygląda jeszcze groźniej. Technika kolodionowa wynaleziona została przez Frederica Archera w 1851 r. i jest to jedna z pierwszych technik negatywowych. Obraz powstaje, przy wykorzystaniu zabytkowych kamer wielkoformatowych, na płytach szklanych lub metalowych, pokrytych warstwą kolodionu (czyli roztworem bawełny strzelniczej, eteru i etanolu). Nazwa „mokra płyta” wzięła się od tego, że cały proces – od przygotowania płyty, poprzez zdjęcie i wywołanie – należy wykonać, póki warstwa kolodionu jest mokra. W zależności od temperatury i wilgotności fotograf ma od kilkunastu do 30 minut. Wymusza to konieczność posiadania „pod ręką” ciemni fotograficznej. Niektórzy fotografowie, w tym i ja, stworzyli ciemnie mobilne, pozwalające wykonać i wywołać fotografie w każdym miejscu. Fotografie kolodionowe charakteryzują się niemożliwą do podrobienia głębią, wrażeniem trójwymiarowości, oraz bardzo dużą trwałością.

W ciągu dnia zdjęciowego jestem w stanie wykonać maksymalnie kilkanaście zdjęć, choć staram się nie przekraczać 10, bo potem już zaczyna się odczuwać opary eteru. Jest to znakomita okazja, by zwolnić, skupić się na każdym ujęciu, szczególnie jeśli cyfrowo robi się sto tysięcy zdjęć rocznie. Do tego mieszanie różnych, często wybuchowych, chemikaliów, zlewki, apteczne butelki i kuwety sprawiają, że człowiek czuje się jak współczesny alchemik. Jedna dziewczynka, która stanęła przed moim obiektywem, nazwała mnie nawet prawdziwym Harrym Potterem.

Jestem niespokojnym duchem, trudno mi usiedzieć w jednym miejscu. Każde zrealizowane marzenie zastępują trzy nowe. Ostatnio zdobyłem Kilimandżaro i już myślę o następnych szczytach. Lista krajów do odwiedzenia jest długa, a kilka projektów fotograficznych czeka na urzeczywistnienie. Trzymajcie kciuki, by mi się udało!

ZDJĘCIE ZROBIONE W RAMACH WYSTAWY w CH NOWA STACJA