Iza Sowa

Mam na imię Iza i jestem z Pruszkowa. Tu się urodziłam i mieszkam od zawsze. Stąd pochodzą moi przyjaciele i rodzina. Dziś moje dzieci reprezentują barwy Pruszkowa w zawodach sportowych, tak jak ja robiłam to w podstawówce i szkole średniej.

Wszystko, co dotąd przeżyłam, jaka jestem i co porabiam, ma źródło właśnie w tym mieście. Być może to właśnie jest powodem, dla którego znalazłam się w projekcie „Pruszkowiaka”.

Rock Piknik, glinki, dechy, doły, Mazowszanka, Pałacyk, czołg, Żbików – to tylko niektóre z haseł opisujące miejsca i czasy, w jakich dorastałam. Zawsze lubiłam tu żyć. Chodziłam do „Dziewiątki” i od małego obracałam się w iście barwnych żbikowskich klimatach. Ponieważ z zapałem trenowałam koszykówkę w pruszkowskim klubie MKS, spośród dwóch lokalnych liceów wybrałam „Kościucha”, tylko dlatego, że oferował uczniom salę gimnastyczną. Choć sport miał zawsze honorowe miejsce w moim życiu, to zaniedbałam go na kilka lat, gdy w liceum dołączyłam do żeglarskiej drużyny „Zjawa”. Uważam, że właśnie czas spędzony z wodniakami i w ogóle bycie harcerzem bardzo mnie ukształtowało. Do dziś zresztą moim głównym wyjazdem wakacyjnym jest dwutygodniowy pobyt w namiocie bez prądu na obozie, który bardzo przypomina ten harcerski, tyle że organizują go rodzice dla swoich dzieci.

W czasach licealnych moje miasto zapewniało mi wszystko, czego potrzebuje młoda osoba, by rozwijać zainteresowania, zawierać przyjaźnie i dobrze się bawić dniem i nocą.

Dopiero podczas studiów zaczęłam mieć pretensje do Pruszkowa, że leży zbyt blisko stolicy, by na stałe przenieść się do niej na czas nauki, a zbyt daleko by spokojnie tam imprezować i nie martwić się o powrót do domu… Zrozumie mnie tylko ten, kto zwinięty na jednej z ławek peronu „Warszawa Śródmieście” oczekiwał na pierwszy poranny pociąg w kierunku Żyrardowa…

Drugie zauroczenie Pruszkowem przyszło wraz z urodzeniem dzieci. Wyprawy z wózkiem do zatłoczonej stolicy nie leżały w kręgu moich zainteresowań. Jako osoba nieumiejąca wysiedzieć w miejscu, opanowałam więc ofertę kulturalno-sportową naszego powiatu do tego stopnia, że stałam się lokalną informacją turystyczną. Miałam w głowie adresy wszystkich stron domów kultury i komercyjnych organizatorów, którzy zapraszali mieszkańców na lokalne wydarzenia. Uznałam więc, że wykorzystam tę wiedzę i zbiorę ją w jednym miejscu. Tak powstał portal „Co w mieście”, na który przez kilka lat wrzucałam WSZYSTKIE wydarzenia organizowane od Grodziska, aż po Ursus. Mało tego – osobiście odwiedziłam większość ważnych miejsc naszego powiatu, robiłam zdjęcia, brałam udział w wydarzeniach dla dzieci i dla dorosłych, chodziłam po knajpach, na koncerty, wydarzenia sportowe i spotkania dla mam. Relacje zamieszczałam na mojej stronie, opowiadając, jak było i zachęcając innych do działania.

Miałam wówczas taką osobistą misję, żeby pokazać ludziom z Pruszkowa, że nie muszą już jeździć do Warszawy, bo u nas też dzieje się dużo ciekawych rzeczy. Chciałam zwiększać frekwencję na mało promowanych imprezach i uświadomić mieszkańcom, że warto kibicować lokalnym drużynom, czy wyjść z dzieckiem z domu dalej niż na plac zabaw… Działałam nieodpłatnie, pełna energii i nadziei, że coś uda mi się zmienić. Gdy ta maszyna nabrała zbyt dużego rozpędu, przestałam wyrabiać na zakrętach. Nie znalazłam nikogo do pomocy, kto nieodpłatnie chciałby się poświęcić misji informowania ludzi o tym, co dzieje się wokół, dlatego z ciężkim sercem zamknęłam projekt. Moja wiedza przydała się jednak założycielom pruszkowskiego POP Radia. Miałam okazję podzielić się z nimi wiadomościami potrzebnymi do zdobycia licencji, a potem przez kilka miesięcy prowadziłam na antenie serwis kulturalny. Do dziś uważam, że to miasto ma ogromny i bardzo niewykorzystany potencjał. Pomysłów mam całe mnóstwo, ale zapału już jakoś mniej.

A co o mnie? Od czasów studenckich, przez wiele lat pracowałam jako pilot wycieczek zagranicznych, wożąc turystów autokarem po całej Europie. Ten ciężki kawał chleba sprawił, że zaczęłam szukać pracy w innej dziedzinie. Po wielu przeróżnych etatach trafiłam na dłużej do szeroko rozumianych mediów. Najpierw pracowałam w promocji kolorowych magazynów, a potem przez kilka lat w redakcji Gazety Wyborczej. Zamiłowanie do pisania tekstów pozostało mi do dziś. Z czasem jednak doceniłam pracę „na miejscu”. Obecnie zajmuję się marketingiem w niewielkiej firmie, która produkuje wielkie klocki! Do biura mam 5 km i bardziej niż galopującą karierę zawodową, doceniam teraz atmosferę w zespole i czas wolny po pracy. Poza tym nieduża firma sprawia, że człowiek staje się specjalistą od wszystkiego, co pcha robotę do przodu. Jestem więc marketingowcem, redaktorem, blogerem, grafikiem, a czasem sprzedawcą i animatorem na dziecięcych imprezach. Najbardziej jednak lubię to, że jestem sobą w tym, co robię.

Uwielbiam las i góry. Ich połączenie jest dla mnie absolutnym spełnieniem. A jeśli dodać do tego wysiłek fizyczny, powstaje mieszanka absolutnie doskonała. Górskie wycieczki, bieganie, rower, joga, spacery, spotkania z ludźmi i dobra muzyka – te rzeczy składają się obecnie na mój dzień powszedni. Ogromną radość sprawia mi również towarzystwo kobiet. Rozmowy z nimi są dla mnie niezwykłą inspiracją. Kobieca energia ładuje moje baterie, dlatego wciąż zawieram nowe znajomości, odgrzebuję stare kontakty i podtrzymuję te, które są dla mnie ważne.

Pruszków jest moim domem. Znam go od ponad 40 lat. Aktywnie uczestniczę w życiu tego miasta, obserwuję, jak pięknie się zmienia, widzę jego rosnące zalety, ale również wady. Nie potrafię entuzjastycznie powiedzieć, że to super miasto z samymi fantastycznymi ludźmi. Jest różnie tak jak wszędzie… Według mnie Pruszków potrzebuje dobrego gospodarza, który umiejętnie będzie rozmawiał z mieszkańcami i zadba o to, co jest dla nich ważne. W naszym mieście od zawsze brakowało mi także niezależnych, opiniotwórczych i jednocześnie ciekawych lokalnych mediów. Wierzę, że na wszystko przyjdzie jeszcze czas.

Dziękuję za zaproszenie do projektu. To bardzo wyjątkowa inicjatywa, którą podziwiam i kibicuję jej od początku powstania.