Irmina Wojtczak

Urodziłam się w Sejnach. Sucha, blada, ruda i piegowata.
– Jak masz na imię? Jak?… Serio? Dziecięcy dramat.
Raczej na uboczu, cicha, spokojna, tańcząca, śpiewająca, wzorowa uczennica z worem kompleksów. Szczyptę odwagi znalazłam w liceum, pojawiły się lekkoatletyczne małe sukcesy, zakochałam się w siatkówce.

Tata nauczyciel, Mama intendent, starszy i młodszy brat. Sami w tym końcu świata, bo rodzice pochodzą z lubuskiego. Ciocie, babcie i kuzynostwo widywaliśmy raz w roku. Do tej pory się zastanawiam, jak to się stało, że wyjechali na polski biegun zimna.

Na wymarzone studia – wychowanie fizyczne – nie dostałam się. Potem nie miałam pomysłu na siebie, ostatnim rzutem na taśmę wyjechałam na studia do Olsztyna. Kierunek — Towaroznawstwo — mieszanka chemii, ekonomii, mleka, futer, łez i stresu. Jednolite studia magisterskie — dzienne, z ciążą na drugim roku. Różowo nie było, ale już tak mam, że jak dostaję „kopa” od życia, to się nie zatrzymuję. Jak przez mgłę pamiętam, że byłam czyjąś żoną, potężny stres i fizyczne zmęczenie opłaciłam atakami padaczkowymi. Mimo to obroniłam się pierwsza na roku, tytuł inżyniera dostałam gratis, dzień później rozpakowywałam się w Warszawie, ale nie raz jeszcze śniła mi się glukoneogeneza.

Stolica pochłonęła mnie, pokochałam pęd i brak czasu. Trafiłam to cudownej firmy z wartościami i wspaniałymi ludźmi. To duża agencja pracy, która w tamtym czasie wydawała się szczytem moich marzeń. Na stałe związałam się z finansami, dokładnie z należnościami, wciąż w tej dziedzinie czuję się świetnie – a to przez kontakt z ludźmi, duże wyzwania i odpowiedzialność – ale też przez to, że wykorzystuję swoje ukochane narzędzie – Excela. Uwielbiam dane, funkcje, makra, stale odkrywam coś nowego, marzę o tym, żeby za niedługi czas opanować programowanie VBA. Żałuję, że rozpoczęte w międzyczasie studia prawnicze, musiałam przerwać. Warszawa – Sejny, Sejny – Warszawa, wiecznie z maluchem pod pachą.

Przypadkiem okazało się, że do Pruszkowa wprowadziła się moja koleżanka ze szkolnej ławki. Kontakty się odnowiły, pojawili się nowi znajomi i… Pewien młody przystojniak, który skradł mi serce. Nasze „love story” robi wrażenie, po tych 7 latach wciąż się to świetnie opowiada. Wywróciłam swoje życie do góry nogami, zostawiłam wychuchane mieszkanko na Bemowie, aby w sumie po dziesięciu, przeprowadzkach zamieszkać w pruszkowskim TBS-ie przy Ceramicznej. Na świecie pojawił się kolejny członek mojej rodziny. Ślub i urodziny to też niezła historia, los potrafi płatać figle.

Lubię zmiany, wciąż mam ochotę na kolejną, dlatego z mężem wykorzystaliśmy okazję i kupiliśmy dom 3 km od Pruszkowa, w międzyczasie zmieniłam też pracę. Choć wracam późno do domu, mamy na działce tonę igliwia, w niedzielę budzi nas bażant, a kot sąsiadów śpi na naszym tarasie – mam swój kawałek nieba. Niby ciut dalej, ale wciąż mówię „u nas w Pruszkowie”.

To jest moje miejsce, tu mieszkają bliscy mi ludzie – mam w tej chwili cudowną grupę przyjaciół, jakiej nie miałam nigdzie wcześniej, mam fajną Teściową i kochaną Szwagierkę. Mimo że bardzo tęsknię za rodzicami i braćmi, to wiem, że mam tu na kogo liczyć i czuję się najprawdziwszym lokalsem. Tu chodzę na wybory, znam kilku radnych, obserwuję i biorę udział w lokalnych wydarzeniach, mam swoje ulubione miejsca. Bardzo się cieszę, że tak umiejscowiło mnie życie.

Mimo że nie mam się czym pochwalić, wręcz jestem onieśmielona faktem, ilu mieszka tu wspaniałych ludzi, to jednak zdecydowałam się napisać coś o sobie. Jestem zwykła i niezwykła zarazem. Na pierwszy rzut oka pewna siebie, wredna, wyszczekana rakieta, z bliska wiecznie wzruszona, zakompleksiona i depresyjna ciepła klucha. Lubię lepić pierogi nucąc Marylina Mansona, kocham buty i świecidełka, a w wolnym czasie pochłaniam kryminały. Ostatnio polubiłam też strzelanie (sportowa wiatrówka pneumatyczna). Mam w domu łuk bloczkowy i marzę, żeby strzelać perfekcyjnie. Widzę się w wielu aktywnościach, ale też wiem, że jeszcze trochę czasu muszę poświęcić swoim Chłopakom, choć znajomym wciąż powtarzam, że nie lubię dzieci! Mój inteligentny, spokojny ósmoklasista już niedługo zapomni, jak to jest przytulać mamę, a temperamentny i wygadany pięciolatek będzie zapatrzony w domowego superbohatera, czyli tatę. Będę miała swoje pięć minut — czuję, że coś się zmieni, na 100% jestem w idealnym miejscu. Gdzie kończą się Reguły, zaczyna się Pruszków, a ja mieszkam w Granicy – tu wystarczy krok, aby być gdzie indziej.

Nazywam się Irmina Wojtczak, mam 35 lat i zamówiłam fioletową bluzę „Pruszkowiaka”.