Irena Horban

Mój Pruszków

Moje korzenie sięgają daleko poza Pruszków – rodzice mego ojca przybyli do Pruszkowa z fabryką Teichfelda pod koniec XIX wieku. Rodzina była liczna – dwie córki i sześciu synów. Wszyscy pozostali w Pruszkowie oprócz najmłodszej córki. W 1909 roku Nower założył fabrykę ultramaryny. Przyjął do pracy mego ojca, potem powierzył mu jej prowadzenie. Pamiętam, że ojciec był w pracy zawsze pierwszy, a wychodził ostatni (zostawał tylko robotnik, który całą noc pilnował pieca).
Przodkowie mojej mamy pochodzili z obecnej Litwy – brat Jakuba Jasińskiego – to prapradziadek mojej matki. Dziadków Szymańskich nie znałam, zmarli przed I wojną światową, dziadkowie Jasińscy zmarli w czasie II wojny światowej.
Moja rodzina była wspaniała i wielopokoleniowa. Dom moich rodziców był otwarty dla wszystkich. Pamiętam niezapomniane chwile spędzone w gronie rodzinnym i z przyjaciółmi.
Rosłam w atmosferze przyjaźni i miłości. Czerpałam wiedzę o walkach o niepodległość naszej Ojczyzny. Uczyłam się tolerancji wobec ludzi, miłości do Boga i Ojczyzny.

Urodziłam się w Pruszkowie w 1926 roku. Miałam wspaniałą rodzinę, czworo rodzeństwa – jedną siostrę, trzech braci – najmłodszy brat był starszy ode mnie dziesięć lat. Wszyscy skończyliśmy podstawową szkołę im. Stefana Żółkiewskiego — obecnie mieści się tam szkoła im. Józefa Piłsudskiego (w budynku, w którym mieściła się szkoła Piłsudskiego, obecnie jest Książnica Pruszkowska).
Pamiętam Pruszków, jako małe, spokojne miasteczko. Obrzeża pokryte łąkami, można było zobaczyć rosnące zboże i pola ziemniaków. Było to jednak miasteczko przemysłowe – wysokie kominy – zastanawiano się, której fabryki komin jest najwyższy – Majewskiego, czy ultramaryny? Kominy wzywały do pracy, ogłaszały przerwę obiadową czy jej zakończenie.
Nad miastem górowały nie tylko kominy — były wieże kościołów — na Żbikowie i w Pruszkowie, w Tworkach, na terenie szpitala górowały wieżyczki kaplicy.

Jakie było moje dzieciństwo? – Szczęśliwe.
Miałam serdeczne koleżanki – przyjaźnie ze szkoły powszechnej przetrwały do ich
śmierci – wszystkie pożegnały ten świat wcześniej…
Co można było robić w Pruszkowie? Były tu piękne łąki, mokradła – wracając ze szkoły, zbierałyśmy kaczeńce, obserwowałyśmy ślicznie wijącą się Utratę, jej wylewy… Jeździliśmy na rowerach, w zimie mieliśmy sanki i łyżwy. Często jeździłam z rodzicami bryczuszką do lasu — wiadomo — siedziałam na koźle — powoziłam. Nawet czasami woziłam bryczką koleżanki, ale tylko po Pruszkowie.
W domu był zawsze pies i kanarek. Jeden z moich psów, gdy szłam na łyżwy, ciągnął mnie po lodowisku, inny wiedział, kiedy wracałam ze szkoły, wybiegał z domu (radził sobie z klamką), zabierał mi teczkę i przynosił do mieszkania.
Chodziłam z mamą do kina, czasami do teatru do Warszawy. Dużo czytałam…

Wakacje spędzałam różnie. Bywałam u dziadków, u wujostwa na Pomorzu, w Białowieży. Pamiętam walkę dwóch żubrów o żubrzycę… Nie można było rozdzielić walczących – jeden zginął w walce. Był potem ozdobą w muzeum, które mieściło się w zamku w Białowieży. Muzeum było dumą mego wuja – wraz z zamkiem zostało zniszczone przez Niemców w 1939 roku.

Miałam kontakt z rodziną dalszą, ponieważ rodziny nasze żyły w przyjaźni. Piszę o tym, bo z przerażeniem patrzę na kłótnie w niektórych rodzinach. Opowiem zabawną historyjkę. Mój ojciec ćwiczył na ekspandorze – często go naśladowałam, ćwiczyłam więc. Po wielu latach uczyłam w technikum gastronomicznym — kuratorium zażyczyło sobie, byśmy mieli „klasę przymusiaków” (nie będę tłumaczyła, jaka to była młodzież)! Uczniowie przynieśli kiedyś na lekcję ekspandor, prosząc, bym „to” rozciągnęła (sprężyny były zakryte materiałem). Żebyście widzieli, jakie mieli miny, gdy wzięłam ekspandor do ręki… Ja spokojnie, nawet nie wstając, wzięłam ekspandor, rozciągnęłam i przerzuciłam go do tyłu — miny się zmieniły… Wtedy powiedziałam: proszę, zróbcie tak, jak ja… żaden z nich nie potrafił… Jaki ja miałam prestiż w tej klasie i nie tylko…

W 1939 roku po sześciu oddziałach szkoły powszechnej zdałam i zostałam przyjęta do gimnazjum im. T. Zana. Radość wielka! Moje przyjaciółki też zdały. Mama w czasie wakacji przygotowała mnie do szkoły… mundurek przepisowy, fartuszek, obowiązkowa tarcza – niebieska nr 26. Niestety, 1 września początku roku szkolnego nie było…
Wojna… dwaj bracia poszli walczyć… jeden z nich Zdzisław wrócił do domu po kapitulacji. W 1940 roku został aresztowany przez gestapo – nie wiemy jak, ale udało mu się uciec. Przedostał się do Jugosławii i tam walczył w partyzantce Tita. Do domu wrócił po zakończeniu wojny. Dwa miesiące później zginął z rąk bolszewika – stanął w obronie polskiej młodej dziewczyny, którą zaczepił radziecki żołnierz.
Drugi brat Tadeusz przeżył łagry, zdobywał Monte Cassino…
Mama wraz z innymi paniami dyżurowały na stacji. Podawały kanapki, przygotowane ciepłe posiłki udającym się na front…
1 września padły w Pruszkowie pierwsze bomby na dom między stacją benzynową a szkołą Piłsudskiego – obecnie biblioteką, zginęły dwie czy trzy osoby.

Niemcy szybko zbliżali się do Pruszkowa. Ludzie zaczęli uciekać na wschód… My także. Rodzice pragnęli połączyć się z rodziną – z siostrą mojej mamy i z córką (siostra mamy mieszkała w Łucku, moja siostra w Słonimie). Razem z nami pojechało kilku pracowników ultramaryny z rodzinami. Przeżyliśmy w drodze dwa naloty: w Warszawie i w Lublinie. Nie dojechaliśmy ani do Łucka, ani do Słonimia – wiele mieliśmy przeżyć, zdarzały się nawet zabawne…
Pierwszy raz spotkaliśmy Niemców, gdy przekraczaliśmy Wisłę w Górze Kalwarii. Tata do Wisły wrzucił broń. Mama płakała – Niemiec spytał (po polsku!): „Czego płacze?”.
Ojciec odpowiedział: „Płacze za tym, co straciła…”. Tej sceny nigdy nie zapomnę.

Gdy wróciliśmy w październiku do domu, zastaliśmy w mieszkaniu trzech Niemców (w mieszkaniu rodzice zostawili naszą pomoc domową). Niemcy zorientowali się, że ojciec przed wojną polował (w domu była strzelba i wiele przedmiotów, które świadczyły, że tu mieszka myśliwy). Zażądali, by ojciec pojechał z nimi na polowanie. Upolowali zające, zażyczyli sobie, by je upiec i… usiedli z rodzicami do stołu… Rodzice siedzieli, nic nie mówiąc, moja bratowa też kręciła się po mieszkaniu…
W pewnym momencie jeden z Niemców spytał ojca: „Czemu Pan taki smutny?”. Mój ojciec odpowiedział: „Bo siedzę przy stole z wrogami”. Chwila grozy. Niemiec wstał, podszedł do ojca i powiedział: „Przepraszamy”. Już więcej nie żądali, by jechać z nimi na polowanie.

Po powrocie do domu rodzice starali się ułożyć życie w nowej sytuacji. Ojciec wrócił do pracy. Fabryka pod zarządem Niemców jakoś działała. Ojciec przyjął do pracy wielu młodych ludzi – w biurze pracowało dużo więcej osób niż przed wojną. Dziwne, że Niemiec, który był dyrektorem, nie oponował.

Niemcy, zarządzający fabryką postanowili wywozić urządzenia i maszyny. Mój ojciec przeszkadzał im. Jeden z pracowników, przyjaciel Ojca z czasów przedwojennych „zaprzyjaźnił” się z Niemcami – razem chcieli okraść fabrykę. Pewnego dnia pobili mego ojca, „przyjaciel” zabrał mu klucze, wymachiwał nimi przed nosem mego taty, mówiąc: „Panie Władysławie, skończyło się dyrektorowanie”. Ojciec mówił, że słowa te bolały bardziej, niż zadane rany. Wybaczył mu jednak i gdy ten człowiek umarł, moi rodzice poszli na jego pogrzeb.
Robotnicy, wstrząśnięci tą sytuacją przyprowadzili zakrwawionego Tatę do domu.
Ludzie, którym pomagał, pomogli teraz nam…

Wojna skończyła się… Ojciec doprowadził do otwarcia fabryki. Produkowano tylko jakiś gorszy gatunek farbki. Muszę tu wspomnieć, że było aż 30 gatunków farbki, którą produkowano w ultramarynie. Ojciec mój zgodnie z życzeniem umierającego właściciela fabryki, nikomu nie udostępnił receptury. Ciekawostką może być to, że założyciel tej znanej przed wojną na świecie firmy nie życzył sobie, by jego syn poznał tę recepturę. Obecnie farbka jest zupełnie niepotrzebna.

Nie chodziłam do szkoły. Pierwszą i drugą klasę gimnazjum przerobiłam wraz z koleżanką Lilą Cisowską, a uczył nas jej brat, absolwent Zana. Przygotował nas dobrze, ponieważ zdałyśmy do gimnazjum, do którego chodziły moje koleżanki z powszechniaka (tak się mówiło). Wiadomo, nie było mowy o gimnazjum, musiała to być szkoła zawodowa. Pierwsza Miejska Zawodowa Żeńska. Dziwna to była szkoła… Były dwa obowiązujące plany lekcji – jeden dla uczniów, drugi dla Niemców. Przedmioty: rachunkowość — matematyka; korespondencja polska — język polski. Znalazły się też takie przedmioty jak: pilność (historia), porządkowość (geografia) i tak dalej…
Nawet były dwie dyrektorki – ta, zatwierdzona przez władze polskie, nie miała prawa wstępu do szkoły – groziło jej aresztowanie – (pomimo to przychodziła i miała z nami lekcje) oraz druga zaakceptowana przez Niemców. Pewnego dnia Niemcy weszli do szkoły; skierowali się do jednej z klas, w której odbywała się lekcja łaciny (łacina była przedmiotem zakazanym). Na szczęście nikt nie został aresztowany; udało się przekupić Niemców.

Mieszkałam z rodzicami przy ul. Kraszewskiego, a z nami bratowa, (późniejsza więźniarka w Oświęcimiu), która w styczniu 1940 urodziła córeczkę, siostra z synkiem i mój brat Zdzisław – pisałam już o jego aresztowaniu. Trzyletni wówczas synek mojej siostry pamięta tę straszną noc 1940 r. Pamiętam zakutego brata w kajdany.
Potem wrócił ze wschodu mąż siostry, który natychmiast włączył się w walkę. Działał w Warszawie. W Pruszkowie należał do RGO, w której prezesem był ksiądz Edward Tyszka.
Nie będę opowiadała o działalności, o pomocy udzielanej mieszkańcom Pruszkowa przez rodziców, o pomocy w Dulagu.

Z domów przy ul. Kraszewskiego Niemcy usunęli Polaków, ponieważ postanowili zorganizować dzielnicę niemiecką. Zamieszkaliśmy w małym dwupokojowym mieszkaniu przy ulicy Klonowej (obecnie Daszyńskiego). Rodzice pozbyli się mebli, a nawet części księgozbioru. Mimo trudnych warunków nie przestali pomagać potrzebującym i „przenocowywać” tych, których mąż siostry przyprowadzał z przejściowego obozu w czasie Powstania Warszawskiego.

Jak wyglądało nasze codzienne życie? Ojciec i mąż siostry pracowali, ja od 1942 jeździłam do szkoły. Panie zajmowały się dziećmi, domem i „tajemniczymi” sprawami. Wieczorami oprócz różnych zajęć grywaliśmy w brydża. Pamiętam częste wizyty księdza Hera (AK), panów Kosińskiego i Kamińskiego. Zostali rozstrzelani przez gestapo — zginęło wtedy ponad 30 osób. W święta narodowe – 3 maja i 11 listopada z Renią Korzeniewską chodziłyśmy do Tworek – były tam mogiły żołnierzy polskich, którzy zginęli w bitwie pod Pruszkowem w 1939 roku. Obecnie znajduje się tam pomnik upamiętniający bohaterów 1939 roku. Pamiętam Panią Adę, z AK, przygotowywała ona biało-czerwone wstążeczki, którymi ubierałyśmy groby. Nie znam jej nazwiska. Zginęła w Oświęcimiu.

Powstanie Warszawskie… Widzieliśmy dymy nad Warszawą. 6 sierpnia docierają do Pruszkowa do obozu przejściowego, znajdującego się na terenie warsztatów kolejowych, pierwsi warszawiacy wygnani przez Niemców. Nigdy nie zapomnę tych nieszczęśliwych mieszkańców Warszawy, których przyprowadzał mój szwagier, nie zapomnę listu z Dulagu: „Jerzy nie żyje, Jerzyk nie żyje (ps. Szadkowski), Basia nie żyje, Maryla ciężko ranna, Janek”. Szwagier pobiegł do obozu; ciocia Maryla już została wywieziona (znaleźliśmy ją w Częstochowie), wujka Janka przyprowadził do nas.

Zaczęłam pracę w szpitalu powstańczym, który mieścił się w 2 pawilonie na terenie szpitala tworkowskiego. Ranni, umierający… Trzeba było mieć wiele miłości do bliźniego. Wśród tych, którzy znaleźli się w szpitalu, byli również młodzi powstańcy uratowani przed wywózką do Niemiec przez siostry zakonne i pracowników Dulagu. Jak pięknie opowiadali o walkach powstańców z Niemcami. Jeden z powstańców z zachwytem opowiadał, jak zdobyli Pastę.

Pamiętam noc 17 stycznia 1945 roku. Byłam w domu. Niemcy wysadzili elektrownię. Bolszewicy rzucali niewielkie bomby – zginęło kilku mieszkańców Pruszkowa… Okropna noc… W mieszkaniu nie było szyb, mróz, doczekaliśmy się nowego okupanta.
Przenieśliśmy się do domu należącego do rodziny Nowerów — właścicieli fabryki ultramaryny. Pani Nowerowa, jej córka i wnuczka – przeżyły. W ucieczce z getta pomogła im moja mama i jej zięć. Mieszkały u nas przez pewien czas. Młody Nower, który był poza granicami Polski, przyjechał do kraju i zabrał matkę, siostrę i siostrzenicę do Australii.

Fabrykę przejęło państwo. Ojciec wrócił do pracy, uruchomił fabrykę. Został aresztowany przez UB; uratował go komunista – odwdzięczył się Ojcu za to, że zatrudnił go w fabryce przed wojną, dzięki czemu mógł utrzymać rodzinę.

W 1945 roku, po otrzymaniu świadectwa dojrzałości, dostałam się na Wydział Filozofii (historia) UW. Po drugim roku zostałam asystentką w Instytucie Papirologii. Drugą asystentką była Anna Świderkówna. Przed poważną chorobą profesora Jerzego Manteuffla zdążyła zrobić doktorat; mnie się to nie udało. Jedyne moje osiągnięcie to wydanie greckiego papirusu w poważnym naukowym piśmie. Temat mego papirusu wywołał „sensację” – był to akt kupna czarnego osiołka. Ania i ja zostałyśmy przyjęte do Międzynarodowego Towarzystwa Papirologów. Obie zdradziłyśmy papirologię – Anna dla biblii (po zrobieniu habilitacji moja przyjaciółka Anna proponowała mi, bym zrobiła u niej doktorat) – a ja dla rodziny.

Wyszłam za mąż w 1950 roku. Mąż był lekarzem — pediatrą. Koleżanki nazywały go „klapą bezpieczeństwa” – gdy one miały kłopoty rodzinne, zastępował je w pracy. Dochowaliśmy się tak jak moi rodzice, pięciorga dzieci. Nasz dom, tak jak dom moich rodziców był otwarty dla rodziny i przyjaciół. U mnie w domu piękne głosy mieli mój ojciec, brat Zdzisław, siostra i jej mąż. Brat grał na wszystkich instrumentach, moja siostra i ja skromnie towarzyszyłyśmy mu na pianinie. W moim domu mój mąż śpiewał, a moje córki grały na pianinie. Jedna córka była muzykologiem, grała na organach, uczyła w szkole muzycznej.

Pamiętam dzień, w którym najstarszy nasz syn, który całą „młodość szkolną” szedł na historię, oznajmił nam, że idzie na medycynę. Mój mąż powiedział „pamiętaj, to nie jest praca, to jest służba”. Usłyszeliśmy: „Przecież widzę to w domu”. I chyba służy…
Dzieci moje w okresie stanu wojennego pomagały mnie, rozprowadzały lektury wydane w drugim obiegu, gazetki, córka Hanna była tłumaczem — Francuzi nam pomagali w okresie stanu wojennego. Najmłodsi moi synowie wchodzili w dorosłość w okresie, który niósł nadzieję na lepszą przyszłość. Jeden zaczął studia na wydziale prawa, drugi w szkole hotelarskiej.

Jestem szczęśliwa – mam wspaniałą kochającą rodzinę – dzieci (synowe, zięć – to także moje dzieci), wspaniałe wnuki i prawnuki. Widzę ich szczęście. Pragnę, by pamiętali o wartościach, które im przekazaliśmy — aby pamiętali, że są katolikami i Polakami.

Po kilkunastu latach zaczęłam pracę w szkole średniej w Warszawie, a następnie w LO im Tomasza Zana w Pruszkowie. Nie zdradziłam Sodalicji Mariańskiej, w której działałam w czasie studiów (w Pruszkowie prowadziłam grupę młodzieży — ks. Fr. Bujalski był moderatorem). Pozostałam wierna wartościom, w których wzrastałam, nie poddałam się komunie — moi uczniowie znali prawdziwą historię.

Byłam współzałożycielem Komitetu Obywatelskiego SOLIDARNOŚĆ. Inicjatorem był pan Kazimierz Mazur, który został przewodniczącym, skarbnikiem był pan Kolecki, ja sekretarzem, potem wiceprzewodniczącą Zarządu. Byłam także przewodniczącą Solidarności w Zanie. (dokumenty w szkole zginęły). Z kolei w szkole pełniłam funkcję opiekuna harcerzy. Jeździłam z młodzieżą na wykłady organizowane w Warszawie przez władze solidarności.
Jako sekretarz i wiceprezes Komitetu Obywatelskiego organizowałam spotkania z kandydatami na posłów i senatorów. Kandydowałam do pierwsze rady miejskiej w wolnej Polsce. Była to wspaniała rada. Szczęśliwi pracowaliśmy dla miasta i jego mieszkańców. Miasto było zadłużone na 17 miliardów – nasz pierwszy prezydent pan Konrad Kosiński (absolwent Zana) spłacił dług w ciągu pół roku. Byłam w radzie dwie kadencje. Pełniłam różne funkcje, między innymi byłam wiceprzewodniczącą rady. Doprowadziłam do zatwierdzenia wielu uchwał (m.in. o tym, że radni otrzymają diety tylko wtedy, gdy są fizycznie obecni na posiedzeniu rady oraz o tym, że chodniki w Pruszkowie mają być wyłożone kostką). Zadziwiający jest fakt, że w niektórych miejscowościach do dzisiaj radni otrzymują pieniądze, mimo że są nieobecni na naradach.

Byłam członkiem Fundacji Pomocy Służbie Zdrowia, założonej przez dr. Zbigniewa Kosmalskiego. Fundacja pomagała szpitalom, wielkim osiągnięciem był zakup mammografu dla szpitala na Wrzesinie.

W latach osiemdziesiątych grupa absolwentów LO i GIM im. Tomasza Zana postanowili zorganizować towarzystwo absolwentów. Mimo trudności udało się zarejestrować Towarzystwo Absolwentów Wychowanków i Przyjaciół LO i GIM im. Tomasza Zana. Weszłam do pierwszego Zarządu, byłam jego sekretarzem. Dyrektor Stefan Gierwatowski dał nam pokoik na parterze. Zarząd powierzył kol. Marii Wójcik i mnie zorganizowanie Izby Pamięci. Jakie mieliśmy wspaniałe pamiątki! Wiele zdjęć i pamiątek przekazała nam pani prof. Stanisława Ostrowska. W organizację Izby włączyło się kilka osób. Kol. Andrzej Gmoch (prezes) postarał się o meble, mój syn Witold zrobił szafki — wszyscy przynosili zdjęcia, wycinki gazet, w których pisano o szkole czy jej absolwentach itp. Izba Pamięci stała się naszą dumą. Gdy już była gotowa, na początku roku szkolnego poświęcałam jedną godz. historii – w Izbie Pamięci opowiadałam historię szkoły, mówiłam o nauczycielach, o bohaterach naszej szkoły. W karnawale organizowaliśmy wieczorki dla absolwentów, organizowaliśmy co 5 lat Zjazdy. Starałam się, by młodzież pomagała nam przy ich organizowaniu.
Niestety Izba Pamięci została zniszczona…

Koledzy namówili mnie, bym zapisała się do Pruszkowskiego Towarzystwa Kulturalno-Naukowego, z którym współpracowałam wcześniej. Zostałam wybrana do Zarządu. Początkowo byłam sekretarzem Zarządu, potem zostałam sekretarzem redakcji Przeglądu Pruszkowskiego. W Przeglądzie między innymi wydaliśmy historię gimnazjum i liceum T. Zana. Napisały ją: prof. Aleksandra Grzymska, kol. Zofia Łosiewicz Chmurowa, Danuta Kwiatkowska. Wydaliśmy także wspomnienia „Zaniaków”.

Na prośbę prezesa Pruszkowskiego Towarzystwa Muzycznego pana Andrzeja Otto w 50 rocznicę powołania Towarzystwa PTKN wydał specjalny numer Przeglądu Pruszkowskiego opisujący działalność PTM. Należałam do tego Towarzystwa. Byłam w Zarządzie. Organizowaliśmy wspaniałe koncerty.

Pan Franciszek Kwasiborski zorganizował Klub Miłośników Pruszkowa. Po jego śmierci kontynuowałam działalność Klubu. Zaczęłam organizować spotkania nie tylko o Pruszkowie. Tak powstała tradycja organizowania spotkań z przedstawicielami nauki, politykami, regionalistami, znanymi mieszkańcami Pruszkowa z poetami, aktorami. Członkowie naszego towarzystwa bardzo chętnie przychodzą na spotkania. Z mojej inicjatywy powstał przy PTKN Szczep drużyn harcerskich.

Zarząd PTKN powierzył mi redakcję Przeglądu Pruszkowskiego. Do współpracy zaprosiłam panią Zofię Chmurową (sekretarz redakcji) i pana Jerzego Blancarda (grafik).

Po rezygnacji p. Zofii zaprosiłam do współpracy dyrektora Książnicy Pruszkowskiej pana Grzegorza Zegadło i moją córkę Hannę. W tym składzie pracujemy już wiele lat. Staramy się pisać o naszym mieście, o jego historii i ludziach. Piszemy nie tylko o naszej małej Ojczyźnie, ale i o historii Polski, bo przecież nasze miasto jest jej częścią.

Jestem członkiem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Koło „Pruszków” pracowało z kołem w Ursusie. Organizowaliśmy Rajdy Szlakiem Naszej Historii. Młodzież szkół podstawowych i średnich przychodziła na cmentarze i pomniki, przy których dyżurowali kombatanci. Opowiadali młodzieży, dlaczego mamy pamiętać o tych miejscach. Aby młodzież lepiej poznała historię naszego miasta, postanowiłam napisać „Miejsca Pamięci Pruszkowa”. Pierwsze wydanie opracowałam wspólnie z Zofią Chmurową, Marią Wójcik. Rysunki Jerzy Blancard. (Książka została wydana przez INDRUK ul. Kielecka 1, Pruszków. Skład komputerowy: COMSOFT ul. Rysia 1, Pruszków). Drugie, rozszerzone opracowanie (mojego autorstwa) wydała Książnica Pruszkowska.
Chciałabym również wspomnieć, że w biurze „Rajdu” pomagały nam żony prezydentów: Panie Starzyńska, Królikowska, Kuleszowa. Obecnie organizację Rajdów przejęło harcerstwo.

Nasze Koło ŚZŻAK organizuje uroczystości patriotyczne. Współpracujemy z PTKN, z Kołem Sybiraków. Przez te lata moje miasto rozwijało się ze mną. Bo to jest moje dzieciństwo, moja młodość, moje życie…

Obecnie mamy ponad 60.000 mieszkańców – nowe ośrodki kultury, nowe szkoły, przedszkola, żłobki, nowe kościoły.
A ja będę nadal działała dokąd starczy sił i rozumu…