Irek Brysiak

Nazywam się Irek Brysiak. Mam 34 lata i urodziłem się w Mińsku Mazowieckim. Od najmłodszych lat wychowywałem się jednak na warszawskim Muranowie. Jako ostatni rocznik systemu 8 klas podstawówki, ukończyłem SP nr 210 im. Bohaterów Pawiaka w Warszawie, a potem 4 lata liceum im. gen. Sikorskiego na Mokotowie. Większość mojego życia zapisała się więc pod znakiem stolicy, aczkolwiek w dzieciństwie naprawdę sporo czasu spędzałem u babci i dziadka w Arynowie (pod Mińskiem Maz.). To właśnie tam pokochałem kontakt z przyrodą. Poranna rosa na trawie, kiedy razem z dziadkiem jechaliśmy na rowerach zawieźć mleko do mleczarni, nie daje się porównać z niczym innym. Co prawda trzeba było wtedy wstać bardzo wcześnie, ale i tak to lubiłem. W zasadzie razem z Bratem spędzałem w Arynowie wszystkie ferie i wakacje, a przynajmniej do czasu, kiedy na dobre wkręciłem się w treningi piłki nożnej.
Tak, jestem „dinozaurem” z tej „starej epoki”, w której dzieciństwo spędzało się na świeżym powietrzu, gdzie zamiast godzinnego wpatrywania się w kolorowy ekran telefonu, cały dzień ganiało się z kumplami za piłką tak, że do domu nie można było przyprowadzić.

Zupełnie naturalnie sport stał się moją pasją i planem na życie. Kilka lat poświęciłem na trenowanie, nieustanne dojazdy i wyjazdy. Dzięki temu miałem okazję zobaczyć kawałek odległego świata, zwiedzić, chociażby Włochy, Belgię, Holandię, Niemcy, Austrię czy Francję, a przede wszystkim nauczyć się czegoś o sobie. Każdy sportowiec przyzna mi rację, że sport to nie jest tylko i wyłącznie pasmo nieustających sukcesów, to często pot, ból, łzy i rozczarowania. Nie było łatwo, ale z pewnością było warto. Wysiłek się opłacił, a na mojej sportowej drodze pojawiła się niepowtarzalna szansa grania dla klubu Legia Warszawa. To było dla mnie nie tylko spełnienie marzeń i okazja do rozwoju, ale przede wszystkim dobry start do wybicia się i pójścia o krok, albo i dwa kroki dalej.

W tamtym czasie była spora szansa na coś poważnego, czyli na profesjonalny kontrakt, ale los bywa przewrotny i nie zawsze pisze dla nas scenariusz, w którym mamy coś do powiedzenia. Prawa kostka potrafi się skręcić na najmniejszym krawężniku w drodze na zakupy do Biedronki. I trach! Marzenia trzeba było odłożyć na najwyższą półkę szafy.
Mimo to sport zawsze był i myślę, że już zawsze będzie obecny w moim życiu. Wprawdzie ze względu na spory deficyt czasu spowodowany pracą, na tę chwilę została mi już tylko siłownia i rower, ale i tak jest dobrze.

Na co dzień od przeszło 7 lat, pracuję w internetowym sklepie… mięsnym 🙂. Nadszedł jednak taki moment, kiedy poczułem potrzebę zmiany w życiu i postanowiłem niejako „rzucić” aktualne zajęcie i zająć się masażem. Kiedyś robiłem już podchody, żeby zawodowo masować, ale gdzieś po drodze to się wszystko rozjechało. Teraz nie ma już przebacz.
Szkoła niemal skończona, kursy porobione, łóżka to masażu kupione, więc trzeba działać. Najważniejsze, że teraz naprawdę będę mógł się realizować zawodowo. Na pewno pomoże mi w tym mój naturalny upór w dążeniu do celu, którego zdaniem wielu, mam pod dostatkiem.

Prywatnie jestem pozytywnym gościem, bardzo opanowanym i spokojnym, choć z nutką szaleństwa. Ogólnie otwartym do ludzi i pewnym siebie. Typ „łatwiej ubrać, niż nakarmić”, po prostu „just regular guy” – jak zwykłem o sobie mówić. Podobno strasznie często się czepiam, co przyznaję bez bicia, ale to dlatego, że jestem fanem sloganu, że „diabeł tkwi w szczegółach”. Myślę, że przez to jestem również bardzo wymagającym ojcem dla moich trzech wspaniałych synów. Co najciekawsze wszyscy urodzili się tego samego dnia (bliźniaki 9.03.2015, a starszy syn 09.03.2013). Imiona mają wszyscy na literę „A”, czyli Alan, Aleks i Adrian. Każde imię jest od kolejnego dłuższe o 1 literę — to tak w kwestii bycia szczegółowym.

No dobra, ale co sprowadza mnie do Pruszkowa i dlaczego tu mieszkam?
Odpowiedź jest prosta. Znalazłem tu miłość, która w pewnym sensie zaczęła się ponad 10 lat temu, a tak naprawdę dopiero teraz ma okazję rozkwitać. Sam Pruszków polubiłem na tyle, że w najbliższej przyszłości będę pracował właśnie tutaj, a nie w Warszawie. Świetne miejsce, świetni ludzie. W bardzo krótkim czasie poznałem tutaj pełno pozytywnych osób, które tylko utwierdzają mnie w tym, żeby z Pruszkowem wiązać swoją przyszłość. Zwyczajnie dobrze mi tu. W tym mieście podoba mi się przede wszystkim to, że daleko mu do zaganianej metropolii, za którą nie przepadam. Wszystko jest blisko — praca, rozrywka, kultura. Jest gdzie spędzić niedzielne popołudnia i gdzie pójść z Dziećmi. Plan jest taki, żeby otworzyć własny gabinet masażu i być pruszkowiakiem przez długie lata.