Edyta Grzejszczak

Urodziłam się w Pruszkowie i z tym miastem wiąże się większość mojego życia. Lata dzieciństwa i wczesnej młodości spędziłam w Brwinowie, do szkoły podstawowej uczęszczałam w Podkowie Leśnej, z kolei w Kaniach mieści się obecnie mój dom. Dziś z pełną świadomością mogę powiedzieć, że Pruszków to moje miejsce na ziemi; punkt na mapie, który ma dla mnie szczególne znaczenie i przystań dająca mi siłę do podnoszenia się z kolejnych życiowych upadków. Jedną z takich wyjątkowych pruszkowskich przestrzeni, w których chętnie spędzam czas, jest Park Żwirowisko. Pamiętam czasy, kiedy w miejscu ładnie zagospodarowanych alejek, były tylko doły i piach. Po modernizacji park wygląda zupełnie inaczej, zdecydowanie przyjaźniej, a panująca dookoła atmosfera w jakichś szczególny sposób budzi mnie do działania. Tam odpoczywam i nabieram sił.

Prywatnie jestem samotną, ale dumną mamą dwójki dzieci, 8-letniego syna i 30-letniej córki, a także babcią cudownej 4-letniej dziewczynki.
Przez wiele lat pracowałam w Warszawie w prężnie rozwijającej się firmie telekomunikacyjnej, piastując stanowisko starszego konsultanta działu obsługi klienta. Obecnie, po wielu życiowych zakrętach, znów szukam swojej zawodowej drogi. Mimo to nie wiem, czym jest bezczynność, a w mojej codzienności nie ma miejsca na nudę. Gotuję, piekę ciasta, robię na szydełku i pracuję w ogrodzie. Z równym zapałem angażuję się w wypiekanie domowego chleba, co w prowadzenie okazjonalnych warsztatów kreatywnych, ręczne wyrabianie prezentów czy zajęcia fitnessu na ludowo. Nie boję się też męskich zajęć. Rąbanie i cięcie drewna, stawianie wiaty czy szlifowanie starych drzwi, by wyglądały, jak nowe, nie jest mi obce. Wbrew pozorom, nie cierpię na syndrom Zosi-Samosi. Do bycia kobietą samowystarczalną zmusiło mnie życie. A to, pisze własne, nie zawsze kolorowe scenariusze.

Starszą córkę urodziłam, mając zaledwie 18 lat. W czasie, kiedy wielu moich rówieśników dopiero wkraczało w dorosłość, bawiło się życiem i realizowało marzenia, ja plany na przyszłość musiałam odłożyć między bajki. Nie było łatwo, bywały momenty zwątpienia, lepsze i gorsze dni, ale miałam obok siebie wspaniałych rodziców, którzy bardzo mnie wspierali i nie pozwolili się poddać. Kiedy kilka lat później mama zmarła na raka płuc, bardzo to przeżyłam i zamknęłam się w sobie. Za namową bliskich wróciłam jednak do pracy i to pomogło mi przejść ten najgorszy czas; przeżyć smutek i żal po stracie najbliższej osoby.
Jak się później okazało los miał dla mnie więcej niespodzianek, a dobre momenty przeplatały się z tymi gorszymi. Mając ponad czterdzieści lat, zaszłam w drugą ciążę. Radość z rozwijającego się we mnie nowego życia przerwała wiadomość o chorobie taty, który odszedł, gdy byłam w siódmym miesiącu ciąży. Potem były częste choroby syna, kolejne pobyty w szpitalu, toksyczny związek, utrata pracy po urlopie wychowawczym i codzienna walka o przetrwanie. Właśnie wtedy ogromną rolę w moim życiu odegrały córka i starsza siostra, która odeszła dwa lata temu. To był dla mnie kolejny cios, ale stanęłam na nogi. Dziś czuję się silniejsza, nadal mam w sobie ziarno szaleństwa i nie utraciłam otwartości do ludzi. Pomagam, kiedy i jak mogę, bo wiem, że są na świecie ludzie o dobrym sercu.

Poprzez udział w projekcie „Pruszkowiak” i podzielenie się z Wami moją historią, chcę udowodnić, że naprawdę ze wszystkiego można się w życiu podnieść; że nigdy nie jest tak źle, żeby nie móc zacząć od nowa. Chcę pokazać, że zawsze trzeba walczyć o siebie i dbać o to, co najważniejsze.
W tym miejscu dziękuję moim przyjaciołom i Cioci, dzięki którym dziś jestem tu, gdzie jestem.