Daniel Wojda

Daniel Wojda — urodzony Pruszkowiak.

Pruszków jest mi bardzo bliski, ponieważ wpłynął na to, kim jestem dzisiaj. Tutaj się urodziłem, wychowałem i tutaj mieszkam. Mam wiele fantastycznych wspomnień związanych z tym miastem oraz jego społecznością i część z nich chciałbym Wam przybliżyć, opowiadając swoją historię.

Mam na imię Daniel i urodziłem się w szpitalu na pruszkowskim Wrzesinie w grudniu 1991 roku. Jako dziecko wspaniałych lat 90. z dużą dozą nostalgii wracam pamięcią do kultowego Gam Boy’a, Tamagochi, kaset VHS, tazosów, „złotych myśli ”, czy gum „Turbo”. Sentymentalnie wspominam dzieciństwo bez wszechobecnej technologii, a z drugiej strony jestem niezwykle wdzięczny, że pojawiła się ona na tak wczesnym etapie mojego życia.

Wychowałem się na Żbikowie w niedużym mieszkaniu, w niezbyt urodziwej kamienicy z czerwonej cegły przy czarnej, żużlowej ulicy. Mieszkałem tam przez pierwszych 16 lat swojego życia.

Wczesne dzieciństwo, jak większość moich znajomych, spędziłem w dużej mierze na dworze. Czas upływał nam na łażeniu po drzewach, podwórkowych grach, podchodach czy graniu w piłkę. Co ciekawe nasze boisko stanowiła pobliska łąka pomiędzy ul. Brzezińskiego a Ogrodową, która dzisiaj wygląda dokładnie tak samo, jak 20 lat temu. W tamtym czasie do domu były w stanie nas ściągnąć jedynie: Dragon Ball, kapitan Tsubasa, ewentualnie mama wołająca z okna na obiad.

Moją podstawówką była żbikowska SP nr 9. Miejsce pierwszych lekcji i nauki, ale też pierwszych dyskotek i wolnych tańców. Chociaż mimo wszystko najmilej wspominam czas spędzony tam poza godzinami lekcyjnymi. Nie licząc sąsiednich Glinek, było to miejsce, gdzie w ciemno o każdej porze dnia można było spotkać znajomą twarz. Natomiast z lekcji najbardziej utkwiła mi w pamięci nauka pływania w turkusowych i często pełnych liści wodach starego, pruszkowskiego basenu przy stacji PKP. Wspominając to miejsce, nie wypada nie napisać o pobliskiej budce z jedzeniem. Gdy po wyjściu z basenu jedliśmy zapiekanki, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będą one z utęsknieniem wspominane przez wielu Pruszkowiaków. To obok hamburgerów z „Zakątka” chyba najbardziej znany punkt na gastronomicznej mapie Pruszkowa z tamtego okresu.

Czasy podstawówki to również czasy pierwszych komputerów i konsol do gier. To z kolei przywołuje moje wspomnienia z kultowego miejsca, jakim był Manhattan, gdzie jako małolat kupowałem pirackie gry. Oczywiście wypalane na CD lub w formie kartridży na Pegasus’a czy Game Boy’a. Relikty przeszłości.

Okres szkoły podstawowej od zawsze kojarzy mi się również ze sportem, a dokładniej z moją przygodą piłkarską. W wieku 7 lat ojciec zaprowadził mnie na pierwszy trening z drużyną Znicza Pruszków. Od tamtej pory niemalże nieprzerwanie trenowałem i tak aż do 18. roku życia. „Niemalże” wynika z krótkiej przerwy, w której trakcie uczęszczałem na odbywające się w Szkole Podstawowej nr 7 zajęcia z tajskiego boksu. Tajniki tego sportu szlifowałem wówczas pod okiem legendy Muay Thai w Polsce, czyli Piotra „Kowala” Kowalczyka. Ta dosyć krótka, ale wspaniała przygoda skończyła się wraz ze zmianą szkoły z „Budowlanki” na Gimnazjum nr 12, gdzie dołączając do sportowej klasy, ostatecznie wróciłem na boisko. Sportowy epizod trwał zatem przez całą podstawówkę i gimnazjum, a potem również liceum, gdzie się zakończył. Bo choć piłka nożna towarzyszy mi w życiu do dzisiaj to już nie z taką intensywnością i zapałem jak wtedy.

Mimo iż nie zostałem zawodowym piłkarzem, uważam, że piłka to bardzo ważna część mojego życia. Ukształtowała mnie jako człowieka, nauczyła współpracy, zdrowej rywalizacji, ale przede wszystkim już w dzieciństwie rozbudziła ducha sportu. Co więcej, dzięki Zniczowi Pruszków udało mi się przetrzeć moje sportowe szlaki z taką osobistością, jaką dzisiaj jest Robert Lewandowski. Swoją drogą stadion wraz z całym kompleksem, w tamtym okresie nie wyglądał tak nowocześnie, jak dzisiaj. Ze śmiechem wspominam sektor VIP na trybunie, którego wyróżnikiem było w zasadzie posiadanie zadaszenia oraz stare boisko boczne, na którym nie było nawet małej kępki trawy.

Cały okres gimnazjalny to wspaniałe czasy, które wspominam z ogromną nostalgią i bardzo chętnie bym do nich wrócił, aby przeżyć to wszystko raz jeszcze.

Po gimnazjum ukończyłem Liceum im. T. Zana jeszcze za czasów „świetności” jego siedziby, a następnie wyruszyłem na studia do Warszawy. Ukończywszy jakże przydatny mi dzisiaj kierunek „Bezpieczeństwo wewnętrzne”, wylądowałem w branży nieruchomości, ale o tym za chwilę.

Moja droga zawodowa, poza wakacyjną pracą na skupie złomu, to od samego początku ścieżka przedsiębiorcy. Nigdy nie pracowałem na etacie. Pierwszym moim biznesem jeszcze w trakcie studiów było prowadzenie kiosku w Szpitalu Kolejowym na Żbikowie. Następnie wyleciałem do Kanady, gdzie przez kilka miesięcy mieszkałem, ale tęsknota za bliskimi oraz europejskim stylem życia wygrały i wróciłem do Pruszkowa. Właśnie wtedy w 2014 roku rozpoczął się kolejny etap w moim życiu. Zacząłem działać w branży nieruchomości, którą pochłonęła mnie totalnie zaraz po tym, jak zrobiłem swojego pierwszego „flipa”. Dzisiaj zajmuję się szeroko pojętym inwestowaniem w nieruchomości. W głównej mierze są to właśnie nadmienione wcześniej tzw. flipy. Polegają one na zakupie nieruchomości i podniesieniu jej wartości najczęściej poprzez remont lub usunięcie wad prawnych, a następnie sprzedaż z zyskiem. Lubię moją pracę, ponieważ nie pozwala mi się nudzić. Każda nowa nieruchomość to nowe wyzwanie a dodatkowo mogę spełniać się artystycznie, aranżując wnętrza.

Dzięki, że poświęciłeś/-aś chwilę, aby mnie poznać. To wprawdzie tylko nieliczne z wielu miejsc i wydarzeń łączących moją osobę z Pruszkowem, ale cieszę się, że mogłem je razem z Wami powspominać i podzielić się moją historią Pruszkowiaka.

Do zobaczenia w Pruszkowie!