Damian Falandysz

Kim jestem? Jestem Pruszkowiakiem z krwi i kości. Urodziłem się w Pruszkowie, tu się wychowałem, tu się uczyłem, dorastałem, a teraz sam założyłem rodzinę i dalej mieszkamy w Pruszkowie. Jestem fanem piłki nożnej i bodajże od 10 do 16 roku życia byłem piłkarzem, a konkretnie bramkarzem Znicza Pruszków, nawet z kilkoma indywidualnymi sukcesami. Jednak nie urosłem i to przekreśliło moją karierę w tej dyscyplinie. Bez sportu żyć jednak nie umiem.

Ale po kolei.

Od dziecka związany jestem z Pruszkowem. Chodziłem do przedszkola przy 3 Maja, nieopodal przychodni, a potem do pobliskiej „podstawówki”, czyli SP nr 9, którą wspominam bardzo dobrze. Od dziecka interesował mnie sport, a przede wszystkim piłka nożna, więc nie będzie zaskoczeniem, że (jak większość rówieśników) kochałem WF-y. Pozostałe przedmioty to była „wyższa konieczność”, ale nauka przychodziła mi bardzo łatwo. W zasadzie z tego, co pamiętam, klasy 4-6 kończyłem z wyróżnieniem i czerwonym paskiem… na świadectwie. W międzyczasie rodzice zapisali mnie do sekcji piłkarskiej Znicza Pruszków i to uwarunkowało dalszy kierunek mojej edukacji. Mianowicie po ukończeniu podstawówki, poszedłem do klasy piłkarskiej w gimnazjum nr 3 (wówczas przekształcana w gimnazjum szkoła podstawowa nr 11 w Pruszkowie). Ten okres również wspominam z przyjemnością. Poznałem dużo nowych osób, razem z kolegami z klasy i jednocześnie drużyny, wygraliśmy kilka turniejów międzyszkolnych w piłce nożnej.

A nauka? Dalej przychodziła z łatwością. Wydaje mi się, że każdy kolejny rok kończyłem z wyróżnieniem, chociaż na samo uczenie się nie poświęcałem wówczas zbyt wiele czasu. Później to się zmieniło.

Dzięki dobremu wynikowi z egzaminu gimnazjalnego udało mi się dostać do każdego liceum, do którego złożyłem podanie o przyjęcie. Wybrałem jednak szkołę o najwyższym (według mnie) poziomie — pruszkowskiego ‘Kościucha’. Uczęszczałem do klasy o profilu europejskim z rozszerzonymi matematyką, geografią i językiem angielskim, chociaż nadal moim celem było studiowanie na AWF-ie.

Pierwszy rok w liceum był dla mnie bardzo trudny. Nie potrafiłem się dostosować do naprawdę wysokiego poziomu nauki. Zdałem bez problemów, ale średnia była zdecydowanie niższa niż w latach wcześniejszych. Na naukę trzeba było poświęcić jednak więcej czasu, niż początkowo zakładałem, co ostatecznie zrobiłem już w drugiej klasie i potem w maturalnej. To przełożyło się na naprawdę dobrze zdaną maturę (z tego, co pamiętam — najlepszy wynik z matematyki rozszerzonej w całej szkole). Wyśmienity wynik oraz namowy rodziców skłoniły mnie do walki o dostanie się na Politechnikę Warszawską. Udało mi się. Po 5 latach intensywnej edukacji ukończyłem „Polibudę” z wyróżnieniem, jako mgr inż.

Marzeń o sporcie nie porzuciłem jednak całkowicie. Podczas studiów na Politechnice Warszawskiej szkoliłem się również w kierunku trenera personalnego na siłowni. Przez krótki czas zaraz po studiach pracowałem na siłowni Perz Court na Żbikowie. Potem w 2012 roku znalazłem pracę w branży informatycznej, gdzie pracuję do dziś i… zacząłem biegać. Najpierw czysto dla przyjemności, jako uzupełnienie treningu siłowego. Z każdym rokiem wciągało mnie to jednak coraz mocniej. W 2017 roku na Maratonie Warszawskim, jednym z największych w Polsce, wykręciłem swoją życiówkę 2:42, zajmując 17 miejsce i dobiegając na metę jako 9. Polak. Obecnie startuję w biegach ultra. W sierpniu byłem 4. na 102 km po górach (Gorce Ultra Trail), a w czerwcu 1. w biegu 12-godzinnym w Koszalinie. Nabierałem 125 km, ustanawiając rekord trasy.

Hobbistycznie rozpisuję również treningi biegowe, mam aktualnie pięcioro podopiecznych. Ponadto jestem jednym z pomysłodawców i założycieli grupy biegowej WPRunning Pruszków. A od 2014 roku praktykuję wegetarianizm.
Trenuję praktycznie codziennie na terenie Pruszkowa. Można mnie spotkać nawet na górce Żabikowskiej, gdzie ćwiczę podbiegi. Biegam bardzo wcześnie, koło 4 rano, a wszystko po to, żeby popołudnie spędzić ze swoją żoną Patrycją i 14-miesięczną córeczką Klarą, które są całym moim światem.

Pruszków od początku traktuję jak swoją małą ojczyznę. To on ukształtował mnie jako człowieka. Jeszcze jako nastolatek-jedynak, mieszkający w dzielnicy domków jednorodzinnych, a zatem nieco można powiedzieć samotny — spędzałem dużo czasu na osiedlu Staszica, gdzie mieszkał mój kuzyn. Mamy tyle samo lat, więc świetnie się dogadywaliśmy i szybko „wpadłem” w jego towarzystwo. Nie każdy z tego grona miał tak łatwo w życiu, jak dzięki rodzicom miałem ja. Nauczyłem się tam, że nic nie ma za darmo, że często trzeba walczyć, pracować na swoje marzenia. Mimo że nigdy niczego mi nie brakowało, to często podejmowałem jakieś dorywcze prace wraz z kolegami z osiedla.

Sport — to było coś, co nas scalało. Często graliśmy w piłkę na SP nr 8. Nigdy nie zapomnę tych meczów „międzyosiedlowych”. Nie było wtedy takich boisk jak dziś — sztuczna trawa, równiutko, siatki na bramkach… Grało się na żużlu. Bramki ledwo się trzymały — jak ktoś trafił w poprzeczkę, to trzeba było ją poprawiać, bo spoiwo słupka z poprzeczką było zżarte przez rdzę. Po piłkę trzeba było latać na sąsiadujące ze szkołą posesje. Po takim meczu człowiek wracał do domu cały czarny, a gdy wchodził do wanny, to na wodzie momentalnie robił się kożuch z brudu z boiska.

Dziś Pruszków to zupełnie inne miasto. Pod względem infrastruktury rozwinęło się niesamowicie. Są trawiaste boiska, sztuczna trawa, sam stadion Znicza to już inna bajka. Za moich czasów grało się na boiskach, gdzie był sam piach. Stojąc na bramce, często musiałem rzucać się w błoto, broniąc strzałów kolegów. Szatnie były w takim stanie, że nie było mowy o kąpieli po treningu. Rodzice zabierali mnie od razu do domu. Mama zawsze rozkładała jakiś stary koc w samochodzie, żebym tylko nie ubrudził siedzeń, a w domu prosto pod prysznic, zrzucając ciuchy najlepiej przed wejściem do domu.
Dawny Pruszków to też oczywiście basen przy ul. Ołówkowej. Zimna woda, szatnie… takie sobie, ale chodzić trzeba było w ramach WF-u. Teraz Kapry to zupełnie inna bajka.

Taki Pruszków pamiętam, taki Pruszków znam i w takim Pruszkowie żyję.