Bartosz Szczygielski

Urodziłem się w Elblągu, choć oczywiście nic z tego faktu nie pamiętam. Ponoć trochę płakałem. Za to moje pierwsze wspomnienie związane z Pruszkowem dotyczy mojej lewej ręki. Ta może nie wyróżnia się na tle prawej, ale to właśnie ta lewa już zawsze będzie mi się kojarzyła z naszym miastem. Miałem trzy lata, właśnie sprowadziliśmy się do Pruszkowa, a ja w wielkiej ekscytacji postanowiłem sprawdzić, jak szybko można biegać po mieszkaniu. Okazało się, że całkiem szybko, ale znacznie szybciej wyszło mi wyrżnięcie w betonową posadzkę. Skończyło się złamaniem, a w swoim życiu miałem jeszcze dwa takie przypadki i za każdym razem bolało tak samo. Tak przynajmniej mi się wydaje, bo byłem wtedy jeszcze dzieciakiem.

Chodziłem wówczas do „dwójki” i do dziś jestem w stanie powiedzieć bez zająknięcia Urho Kaleva Kekkonen, czyli imię i nazwisko fińskiego premiera, który był jej patronem. Potem przyszedł Zan, ponieważ uznałem za bezsensowne dojeżdżanie do Warszawy i tamtejszych liceów. W tamtym czasie zdawało mi się, że wiem, co chcę robić w życiu. Tworzyć. Całkiem nieźle wychodziło mi rysowanie, a komputer towarzyszył mi od dzieciństwa (ach, to pierwsze 286). Wybrałem więc studia związane z grafiką komputerową. Następnie przez dwa lata uczyłem się matematyki, programowania, baz danych i wszystkiego, co nie było związane z tym, co chciałem robić. A potem okazało się, że nie jestem w tym tak dobry, jak wcześniej sądziłem.

Studia się skończyły, przyszła pierwsza praca. Jak to zwykle bywa, niezwiązana z wyuczonym zawodem. Wylądowałem w firmie meblarskiej, gdzie przez lat więcej, niż chciałbym przyznać, projektowałem wnętrza. Później zacząłem sprzedawać meble, a po kilku latach je składałem, jeżdżąc po całej Polsce. I w pewnym momencie się poddałem. Przestało mi zależeć na dalszym rozwoju. Kiedy firma zaczęła podupadać na Facebooku mignęło mi ogłoszenie o pracę jako copywritter. Korporacja przyjęła mnie w swoje nieskromne progi, przemaglowała i wypluła, ale sporo się tam jednak nauczyłem. W tym czasie miałem już za sobą jedno, drugie, dziesiąte opowiadanie. Setki artykułów i recenzji, a wszystko po godzinach pracy, nocami i w weekendy, bo przecież pasja nie rodzi się z „nicnierobienia”.

Po którychś z kolei kursach pisarskich wzięto mnie za fraki i powiedziano wprost: Siadaj na dupie i pisz książkę, więcej się już nie nauczysz. Co mogłem innego zrobić? Usiadłem na dupie i napisałem, choć zajęło mi to więcej czasu, niż chciałbym przyznać. Dostałem też poradę, że najlepiej pisać o tym, co się dobrze zna. I wtedy uderzyło mnie to, że choć Pruszków ma niechlubną mafijną historię, to ta nie została jeszcze opisana w literaturze gatunkowej. Przynajmniej ja na taki przypadek nie natrafiłem. Tak więc siedząc na wspomnianych czterech literach, pisałem właśnie o Pruszkowie. Miejscach, które znałem, jak chociażby kirkut przy granicy z Komorowem czy osiedle obok mojego mieszkania.

Kiedy ktoś mnie pyta, czy mam ulubione miejsce, do którego lubię wracać w mieście, to mam z tym spory problem. Część z tych miejsc już nie istnieje. Niedaleko „jedenastki” był ogromny, zielony plac z kilkoma drzewami, a teraz stoi tam punktowiec. Stąd też w moich książkach obraz miasta taki, a nie inny. Smutny, przygnębiający i osnuty dymem z papierosów. Nie mam zbyt dużo wolnego czasu na to, by odkrywać nowe miejsca. Pisanie zajmuje mi każdą chwilę, ponieważ zawodowo także się nim param, ale już jako dziennikarz technologiczny. Kiedy jednak nie piszę, zaszywam się w kinie lub na kanapie i nadrabiam zaległości serialowe.

Żałuję, że tak mało działo się wokół moich powieści w mieście, które jest ich bohaterem. Zapraszano mnie na spotkania autorskie do Krakowa, Wrocławia, Poznania, Jastrzębia Zdroju czy Lublina, a dopiero przy okazji „Serca”, coś się w tej kwestii ruszyło. Nie zmienia to tego, że kocham to miasto. Spędziłem w nim prawie całe swoje życie i teraz wchodzę na nową drogę, która dalej jest z nim związana. I widzę w tym same pozytywy.