Bartłomiej Stępień

Zawsze marzyło mi się, aby moja praca zawodowa była związana z życiową pasją, a ściślej rzecz ujmując ze sportem. Trochę to trwało, ale ostatecznie postawiłem na swoim. Od początku 2019 roku pracuję w Stołecznym Centrum Sportu Aktywna Warszawa i odpowiadam za promocję oraz organizację wydarzeń sportowych. Współorganizowałem znane w środowisku biegowym przedsięwzięcia, między innymi Bieg Konstytucji 3 Maja, Bieg Powstania Warszawskiego czy Bieg Niepodległości. Lubię to, co robię, bo praca daje mi możliwość realizacji ciekawych koncepcji oraz nawiązywania wielu ciekawych kontaktów w świecie sportu. Do największych osiągnięć zawodowych bez wątpienia zaliczam owocną współpracę z ukochanym klubem – Legią Warszawa. Przez lata jeździłem z szalikiem po całej Polsce, a teraz mam możliwość budowania relacji pomiędzy klubem a Miastem Stołecznym Warszawa, organizując i planując wiele wspólnych projektów. Niektóre z nich czasowo zatrzymał Covid19, ale jestem pewien, że już wkrótce wrócimy do ich realizacji.

Nie będzie to stwierdzenie na wyrost, kiedy napiszę, że zaliczam się do grupy szczęśliwców, których codzienne wyjście do pracy nie stresuje, choć nie zawsze tak było. Cieszę się jednak, że udało mi się zmienić otoczenie i kierunek zawodowy. Dopiero wtedy zacząłem doceniać to, do czego wcześniej nie przywiązywałem zbyt dużej wagi – zawodową przestrzeń, higienę pracy, relacje międzyludzkie, rozmowę i szczerość. Bez tego nie można normalnie funkcjonować. Choć jestem przypadkiem etatowca, który zmienił „korpo” na Urząd, to uważam, że nie w tym tkwi sęk. Każda praca ma swoją charakterystykę, swe wady i zalety. „Diabeł” tkwi w relacjach międzyludzkich.

I w tym, by mieć dokąd „uciec”. Odskocznią od codzienności jest dla mnie bowiem hobby. Uwielbiam sport, podróże i książki. Od kilku lat uprawiam triathlon, który nauczył mnie maksymalnego wykorzystywania każdej wolnej chwili i dbania o harmonogram dnia w taki sposób, by zmieścić i znaleźć czas na wszystkie plany. Planów tych jest bardzo dużo. Jednym z nich jest wyprawa rowerowa, polegająca na objechaniu Polski dookoła i dotarciu do najbardziej odległych zakątków naszego kraju. Przygodę dzielę z kumplami z Pruszkowa, a wyprawy rowerowe zwane przez nas „sakwami” (ze względu na bagaż), to najlepszy sposób na to, aby przynajmniej na chwilę wymknąć się powszedniej gonitwie i stresom.

Pochodzę z Pruszkowa i mieszkam tutaj od urodzenia, choć przez wiele lat więcej łączyło mnie z sąsiednim Komorowem, ponieważ to tam chodziłem do Szkoły Podstawowej i Liceum Ogólnokształcącego. Pruszków od paru lat przechodzi udaną metamorfozę. Z miasta szarego i smutnego stał się miastem przyjemnym do życia, w którym jest wszystko to, co tak ważne dla codziennego funkcjonowania jego mieszkańców. Ponadto dzięki dobrej lokalizacji i komunikacji, łatwo stąd wyjechać na weekend i spędzić czas kilkaset kilometrów od domu. Mam jednak nadzieję, że rozrost Pruszkowa wkrótce zostanie opanowany. Każde miasto ma swoje naturalne limity i wydaje mi się, że nasze takowy już osiągnęło. Czas na inwestycje w miejską zieleń, parki i miejsca do spędzania czasu na łonie natury.

Moi rodzice – pomimo iż nie pochodzą z Pruszkowa – szkołę średnią kończyli w Technikum Budowlanym, mama od kilkunastu lat jest kierowniczką w tutejszej bibliotece. Dla mnie zaś Pruszków to nie tylko miejsce urodzenia, ale również rzeka wspomnień. Dzieciństwo upłynęło mi głównie na grze w piłkę na Osiedlu Ostoja, gdzie moim pierwszym samozwańczym trenerem był inny mieszkaniec Pruszkowa, Rafał Skórski. Kolejną sportową fascynacją była koszykówka i mecze Mazowszanki Pruszków rozgrywane na hali szkolnej przy ul. Gomulińskiego, a następnie PEKAESU w nowej hali. Pruszków to również baseny – ten stary, maleńki, z charakterystycznym ostrym zapachem chloru oraz nowy, przy ul. Andrzeja, na którym spędzałem i spędzam wiele godzin każdego tygodnia. Z pływalnią Kapry kojarzy mi się nieodzownie pan Marek Śliwiński – charyzmatyczna postać od lat związana z pruszkowskim sportem.
Dobrze wspominam stare lodowisko w Pruszkowie oraz odkryte baseny, na których spędzaliśmy czas wspólnie z rodzicami. Jak przez mgłę pamiętam też słynny pruszkowski czołg, który stał na skrzyżowaniu ulic Niepodległości i Wojska Polskiego.
Jednym z moich ulubionych miejsc w Pruszkowie jest natomiast Park Potulickich. Liczę na to, że znajdzie się w naszym mieście dobra lokalizacja na kolejny park, który pozwoli na zachowanie odpowiedniej proporcji pomiędzy rozwojem developerskim a dbaniem o przestrzeń zieloną i przyrodę. Biorąc pod uwagę moją karierę zawodową i hobby wierzę w to, że wiedzę i energię uda się kiedyś spożytkować na organizację w Pruszkowie imprezy sportowej na dużą skalę. Oczkiem w mojej głowie jest triathlon i to właśnie taka impreza marzy mi się w naszym mieście.

Prywatnie od ponad dwóch lat jestem mężem ukochanej Moniki i naprawdę szczęśliwym człowiekiem, który ma wszystko, co potrzebne do życia — rodzinę, znajomych, kilka pasji, zdrowie. Może to brzmi trywialnie, ale tak właśnie jest. Uśmiecham się szczerze i to mój największy życiowy sukces.