Bartłomiej Górski

Bartłomiej Górski

Szczęśliwy mąż, ojciec dziewięcioletniej Leny i właściciel dwóch wielkich maine coonów oraz nieco bojaźliwego bulteriera. Mieszka w Malichach.

Pochodzi z Pruszkowa, podobnie jak jego matka i ojciec, którzy poznali się jako sąsiedzi z bloku przy Wojska Polskiego 33. Z kolei jego dziadkowie pochodzą z różnych stron: dziadek z Piekut należał do AK i po wojnie załatwiono mu pracę w szpitalu w Tworkach, więc przeprowadził się tu razem z żoną, zaś dziadek ze Starachowic postanowił otworzyć w 1947 roku mały zakład zegarmistrzowski przy ul. Kościuszki. Druga babcia pochodzi z Pruszkowa.

Przez dwa lata uczęszczał do Technikum Mechanicznego na Gomulińskiego, skąd przeniósł się do “Budowlanki” na Gąsinie, gdzie poznał swoją żonę. Uczęszczał tamże do szkoły zawodowej, w celu przygotowania się do zawodu zegarmistrza, który, śladami dziadka i ojca, wykonuje do dziś.

Rodzinny zakład zegarmistrzowski został przeniesiony w 1966 roku na Prusa, stamtąd z kolei w 1991 na Wojska Polskiego. Interes na samym początku prowadził dziadek, potem pomagała mu babcia; w 1977 przejął go ojciec Bartka, jemu także pomagała żona. Bartek prowadzi firmę od dziewięciu lat, lecz dopiero od roku bez pomocy ojca, gdyż ten w wyniku udaru ma znacznie ograniczone możliwości ruchowe. Obecnie zakład zatrudnia dwóch dodatkowych pracowników.

Prócz naprawy zegarów domowych, Bartek zajmuje się także konserwacją zegara na Pałacyku w Pruszkowie. Po ojcu przejął obowiązek konserwacji zegara na Zamku Królewskim w Warszawie. Opiekuje się zegarami w katedrze w Łowiczu, w Kościele Trójcy Przenajświętszej w Tykocinie (zegar z 1742), oraz zegarem na Wojskowym Instytucie Wydawniczym. Ten ostatni posłużył w czasie wojny Rosjanom jako tarcza do oddawania strzałów i w ścianie za wskazówkami do dziś można znaleźć wbite pociski.

Przez 12 lat był harcerzem w Pruszkowskiej “Hańczy”, która zaszczepiła w nim zamiłowanie do kajakarstwa i wypoczynku pod namiotem. Zanim jednak trafił do ZHP, co roku wyjeżdżał z rodzicami przyczepą do Czechynia między Wałczem a Piłą, i do dziś z nostalgią wspomina tamtejsze lasy i polany. Choć jego żona nie podziela jego zamiłowania do dzikiej natury, sam chętnie zabiera córkę na letnie obozy dla dzieci i rodziców pod namiot, gdzie wspólnie pływają kajakiem, budują prycze i wypychają sienniki.

Kiedyś interesowały go samochody, jednak pasja ta nie wciągnęła go na dłużej. Przez trzy sezony jeździł za to na swoim motocyklu Yamaha Drag Star 650, i choć przestał kilka lat temu, ilekroć chce go sprzedać, popełnia ten sam błąd – odpala silnik, wsłuchuje się w jego dźwięk i sentyment mu na to nie pozwala.

Kilkanaście lat temu zaczął startować w speedballu, czyli odmianie paintballa, która różni się tym, że zamiast biegania po lesie wśród naturalnych przeszkód, pole gry jest ściśle ustalone i wymierzone przez sztuczne przeszkody. Startował nawet w Polskiej Lidze Speedballa, grał także w turniejach europejskich. To właśnie z tego środowiska pochodzi najwięcej jego przyjaciół i znajomych.

Sam przyznaje, że nie jest zbyt wielkim miłośnikiem oglądania sportu, jednak z zapartym tchem wspomina oglądanie skoków narciarskich na żywo w Zakopanem, gdzie siedział tuż pod lożą prezydencką i podziwiał szybujących skoczków, mimo lęku wysokości.

Zapytany o największą pasję, bez zastanowienia odpowiada: moja córka Lena. Mimo iż latorośl jednak nie podziela zainteresowania zegarmistrzostwem.