Artur Sawicki

Moja przygoda z Pruszkowem trwa już niemal 20 lat, a więc prawie połowę mojego życia. I choć na co dzień nie mieszkam i nie pracuję w Pruszkowie, to we własnej świadomości czuję się Pruszkowiakiem.

Od najmłodszych lat interesowałem się przyrodą. Kończąc podstawówkę zastanawiałem się nad wyborem szkoły średniej o kierunku przyrodniczym – technikum ogrodnicze, a może rolnicze? Los się do mnie uśmiechnął! Mój ojciec dowiedział się o istnieniu Technikum Leśnego w Warcinie, tylko 30 km od rodzinnego Słupska.

Od początku zafascynował mnie świat ptaków – ich różnorodność, bogactwo gatunkowe, arcyciekawa biologia. Postanowiłem, że z ptakoluba stanę się ornitologiem zawodowym. Takie możliwości dawało podjęcie studiów na Uniwersytecie Gdańskim. Jednak byłbym tam jedynym absolwentem po Warcinie, gdyż większość kolegów zamierzała kontynuować naukę na kierunku leśnictwo na wydziałach Akademii Rolniczych w Poznaniu lub w Warszawie. W szybko przeprowadzonym plebiscycie „wygrała” Warszawa.

Kolejne pięć fantastycznych lat studiowania na Wydziale Leśnym SGGW, które przeleciały równie szybko, jak te spędzone w Warcinie. Podczas studiów moje zainteresowania przyrodnicze się odmieniły – „zdradziłem” ptaki na rzecz… owadów. Świat entomofauny okazał się jeszcze bardziej pasjonujący od ptasiego. Mimo propozycji podjęcia pracy naukowej otrzymanej od mojego mentora – śp. Profesora Andrzeja Szujeckiego, postanowiłem sprawdzić się jako leśnik w praktyce, choćby po to, aby zweryfikować wiedzę i umiejętności nabyte w czasie 10-letniej nauki zawodu. Idąc wówczas do pracy terenowej, a pamiętam to bardzo dokładnie, postanowiłem, że moja noga nigdy już więcej w Warszawie nie postanie. Dzisiaj się z tego śmieję, twierdząc: nigdy nie mów nigdy…

Pracę podjąłem w Nadleśnictwie Nowogard (obecnie województwo zachodniopomorskie) i po 7 latach pracy w Służbie Leśnej otrzymałem propozycję pracy w Warszawie – na stanowisku redaktora naczelnego ogólnopolskiego dwutygodnika branżowego „Las Polski”. Zawsze lubiłem pisać, a móc pisać i redagować czasopismo dla wszystkich leśników w Polsce było jak spełnienie marzenia z dzieciństwa. Musiałem tylko odszczekać postanowienie, gdzie to moja noga nie postanie…

Rok 2000 – nowa praca, nowe wyzwania. Syn Kamil miał już 4 lata, w drodze na świat szykowała się córka Kasia. To był czas aby pomyśleć o stabilizacji i stałym miejscu pobytu (wówczas określało się to miejscem zameldowania). Po dokładnym przeanalizowaniu mapy okolic Warszawy, zakupiłem mieszkanie w Pruszkowie, na granicy z Piastowem. I choć nie udało mi się tego mieszkania zatrzymać, to jednak było to ważne miejsce w moim życiu – już nie mam tego mieszkania, jednak traktuję je jako dom rodzinny – tu też wychowywały się moje dzieci.

Kolejny rok zmian w moim życiu – 2006, podjęcie pracy w Instytucie Badawczym Leśnictwa w Sękocinie Starym, w Dziale Informacji Naukowej i Promocji. Do moich obowiązków należy m.in. prowadzenie edukacji, w tym także organizacja imprez masowych jak Festiwal Nauki czy Dzień Ziemi. Pełniąc kilkanaście lat różne funkcje w radach rodziców, w tym 6 lat jako Przewodniczący RR w gimnazjum, mogłem aktywnie prowadzić edukację przyrodniczo-leśną zapraszając młodzież szkolną do Sękocina lub przeprowadzać prelekcje o tematyce przyrodniczej bezpośrednio w szkołach.

Kolejną moją pasją, po przyrodzie i edukacji, jest praca społeczna – wolontariat. Pasję wolontariacką odkryłem w sobie już na studiach, gdy samodzielnie przygotowałem bigos wigilijny dla… setki studentów z roku. Lecz dopiero honorowe krwiodawstwo okazało się tym, w czym spełniam się całkowicie.

Zaczęło się jak zwykle – od przypadku. Z prasy branżowej dowiedziałem się, że mój mentor – Profesor Andrzej Szujecki potrzebuje krwi przed operacją. I choć nigdy wcześniej krwi nie oddawałem, nie wahałem się ani chwili. Od tamtego czasu już nie wyobrażam sobie życia bez honorowego krwiodawstwa.

Początkowo oddawałem krew jako „wolny strzelec”, ale szybko odnalazłem w Pruszkowie jeden z Klubów HDK (Powiatowo-Miejski). Pełniąc w nim funkcję Przewodniczącego Komisji Rewizyjnej poznałem moją obecną żonę – Kamilę, Pruszkowiankę od urodzenia. Po pewnym czasie, z grupą kilku koleżanek i kolegów postanowiliśmy stworzyć nową jakość – powołaliśmy do życia Klub Honorowych Krwiodawców „Serce Pruszkowa”.

W tym roku klubowicze na Walnym Zebraniu Członków Klubu powierzyli mi pełnienie funkcji prezesa przez kolejną kadencję, a małżonce – wiceprezesowanie. Można powiedzieć, że krwiodawstwo mamy… we krwi. Teść Michał, honorowy członek Klubu oddał 72 litrów krwi, małżonka Kamila – 29, ja w tym roku przekroczę 18 litrów. Krwiodawcami są również nasze dzieci – córka Basia i syn Kamil. Tak więc rodzinnie przekroczyliśmy już 130 litrów oddanej krwi i jesteśmy z tego dumni.

Siedziba naszego Klubu mieści się… w sercu Pruszkowa – Młodzieżowym Domu Kultury, popularnie nazywanym Pałacykiem Sokoła. Klub aktualnie liczy 70 członków – czynnych krwiodawców, wolontariuszy i naszych nestorów – 4 członków honorowych, którzy ze względu na wiek już krwi oddawać nie mogą. Jesteśmy ludźmi różnych zawodów, mieszkamy w różnych miejscowościach – Pruszkowie, Podkowie Leśnej, Granicy, Grodzisku, Jaktorowie, Żyrardowie czy Warszawie. Ale łączy nas jedno – „Serce Pruszkowa”. Rokrocznie organizujemy kilkanaście akcji honorowego krwiodawstwa (stacjonarnych i szkolnych), w szkołach ponadgimnazjalnych, a ostatnio również w przedszkolach przeprowadzamy pokazy udzielania pierwszej pomocy, promując jednocześnie aktywny i zdrowy tryb życia. Rokrocznie na akcjach zbieramy do 150 litrów krwi, która ratuje zdrowie i życie setkom osób.
Tak więc Pruszków jest dla mnie tym miejscem na Ziemi, które ostatecznie mnie ukształtowało i z którym jestem związany… sercem.