Arkadiusz Kula

Yin i Yang, tak w dwóch słowach można opisać moje życie. A i Pruszków można postrzegać jako miasto światła i cienia; miasto, które już chyba zawsze będzie kojarzone z mafią, nie zaś z Henrykiem Hoserem czy torem kolarskim…

Yang – to dla mnie sielskie lata osiemdziesiąte. Lata dzieciństwa spędzone w obecnej dzielnicy Bąki, wtedy przez mieszkańców uznawane za typową wieś z polami usłanymi żytem, z makami wśród kłosów, ze szklarniami pełnymi pachnących pomidorów… z kółkiem rolniczym i kombajnami. Tak! Mogę śmiało powiedzieć, że wychowałem się na wsi, w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Yin — to z kolei lata dziewięćdziesiąte, kiedy to zostałem bez rodziców — wyrwany z rąk przyrody do szarego betonowego miasta, przygarnięty przez najcudowniejszego człowieka na ziemi, czyli moją babcię. To Ona starała się robić wszystko, aby rozjaśnić mi życie na tym pozbawionym koloru, wtedy mocno niebezpiecznym, Żbikowie, w którym przyszło mi wtedy mieszkać. Bywało ciężko. Pieniędzy mieliśmy niewiele, więc zarabialiśmy, myjąc w wannie puste butelki po wódce i sprzedając je producentom podrabianego alkoholu, czasami zbierając ogórki w polu czy skręcając wspólnie długopisy. Rówieśnicy nie byli tolerancyjni, a pomocy znikąd. Nie było jednak sensu biadolić. Litość nigdy nie była mocną stroną tego miasta, a i ja jej nie lubię. Musiałem więc szybko dorosnąć i nauczyć się radzić sobie samemu. Od mniej więcej 15. roku życia wychowywałem się sam, babcia niestety większość czasu przebywała już wtedy w szpitalach, walcząc z nowotworem. Ostatecznie walkę tę przegrała. Dwa miesiące po moich osiemnastych urodzinach jedyna osoba, której zależało na moim życiu zmarła na moich rękach, w domu, w swoim pokoju. Nagle na moją młodą i niedoświadczoną głowę spadło utrzymanie domu, nauka w technikum i cała reszta obowiązków przeznaczonych dla bardziej dorosłych ludzi…

Zasiłek z opieki społecznej w kwocie 400 pln miesięcznie – tyle otrzymałem i tyle miało mi wystarczyć na utrzymanie domu z piecem gazowym, telefonem, prądem i całą resztą… Jak to zrobić? Rzucić szkołę? Iść do pracy? To byłoby zbyt proste i zbyt banalne, a przede wszystkim nierentowne rozwiązanie. Wszystkie wakacje i ferie miałem pracujące, kolonie, obozy, czy urlop z rodzicami — takie rzeczy tylko w Erze. Musiałem jakość wytrzymać te dwa lata do matury. Wysilić się bardziej, dwoić się i troić, jak tylko się dało, byleby przetrwać. Tylko postanowienie to jedno, wprowadzenie tego w życie, drugie. Mimo wszystko się nie poddałem. Być może dlatego, że obejrzałem „Daleko od szosy” i walkę Leszkę o jego lepsze jutro. Być może dlatego, że tak, jak on nie chciałem, żeby znów śmiali się z moich podartych butów, a być może dlatego, że nigdy więcej nie chciałem już być głodny.

Niestety, WPR i jego ciemna strona mocy, którą mogłem oglądać właściwie każdego dnia, również miała swój urok. Szczególnie atrakcyjny dla chłopaków takich jak ja, którzy o komputerze czy gitarze mogli jedynie pomarzyć. A jeśli już jakimś cudem we trzech uzbierali 15 złotych, to wydawali je na „mecie” na bilety na „kolorowe seanse”, bo to w tym mieście było normą. Meta na mecie, za to kina żadnego… Ot, takie nasze LasPalmas.

„Obserwuj tych, którym chcesz dorównać. Podążaj za tymi, którzy idą naprzód. Nie oglądaj się na tych, którzy stoją w miejscu, a już broń Boże nie przebywaj wśród tych, którzy namawiają Cię do powrotu. Wyciągaj wnioski z ich błędów i nie popełniaj swoich, nie myśl o tym, co sądzą o Tobie inni. Alfa nie ogląda się za siebie, tylko bierze co swoje…” – Brzmi to, jak słaby tekst z filmu Patryka Vegi, ale to nie był tekst pisany na potrzeby scenariusza, to słowa, które kiedyś usłyszałem od „Chłopaka z miasta” pod nocnym na Studziennej. Siedział w tej swojej czarnej cudownej „S klasie”, która wtedy wydawała mi się czymś, co da się porównać chyba tylko z księżycem (każdy może go zobaczyć, ale tylko garstka może na nim wylądować) i popijał whiskey droższą, niż mój ówczesny miesięczny zasiłek. Pomyślałem sobie: też bym tak chciał.

Miałem 16 lat, wtedy nie było Facebooka. Jego rolę odgrywała klatka schodowa jednej z rozpadających się kamienic przy ul. Narodowej, która zresztą była typową budowlą ówczesnego Żbikowa — czerwona, nieotynkowana cegła; drzwi na klatkę schodową z oderwanym zawiasem, którego nikomu nie chciało się przykręcić przez 20 lat, wypadające okna, a na dokładkę śpiewy, awantury, śmiechy i płacze. To była nasza „grupa FB”. Tam siedzieliśmy przy ognisku do rana, tam niektórzy poznali swoje przyszłe żony, inni poznali swoje przyszłe nałogi. Nie wszystkim się udało, niektórych mimo młodego wieku nie ma już wśród nas, a i ja nie miałem prostej i łatwej drogi do miejsca, w którym dzisiaj jestem.

Pruszków z lat dziewięćdziesiątych to była taka mała Ameryka. Mały kraj wielkich możliwości, gdzie przy odrobinie chęci i pomysłu można było przejść od przysłowiowego pucybuta do biznesmena i taką też drogą postanowiłem pójść. Tu każdy znał każdego, każdy miał coś do sprzedania, każdy czegoś szukał: zegarka, opon, zwolnienia lekarskiego. Trzeba było tylko wiedzieć, kto to ma i ile za to chce, doliczyć marżę za obsługę i dało się jakoś żyć — taka nasza „Finlandia” z dworca PKP. Ja zawsze chciałem jednak czegoś więcej, czegoś „prawdziwego”. Wielu z Was zapewne pomyśli, że po słowach gościa z mercedesa wybrałem ciemną stronę mocy, tymczasem ja już miałem inny, gotowy i zgodny z prawem plan. Wszak gościu z mercedesa poszedł zaraz siedzieć, a wyraźnie mówił, żeby nie popełniać błędów innych. Poza tym mam klaustrofobię.

Maturę zdałem w pruszkowskich Mechanikach — wtedy i dziś najlepszej szkole w Pruszkowie. Przy okazji dziękuje z tego miejsca pani profesor Jolancie Zacharskiej oraz pani profesor Bożenie Kępkowskiej, które bardzo mi wtedy pomogły być jednocześnie uczniem i rodzicem dla samego siebie. Po maturze przyszedł czas na pierwszą pracę i studia. Na szczęście dla mnie, kiedy skończyłem 20 lat, odnalazła mnie obecna żona, Anna, bez której nie byłoby ani tego zdjęcia, ani tego tekstu. Szybkie i łatwe pieniądze to zawsze szybkie i ciężkie kłopoty, tego też szybko się nauczyłem. Niewiele brakowało, aby ta szara i patologiczna dzielnica połknęła mnie, przeżuła i wypluła bez życia. Na szczęście dla jednych, a na nieszczęście dla drugich, dzięki mojej żonie i córce wciąż żyję i mam się dobrze.

Kolejny epizod z życia, za który dziękuje Stwórcy, to praca. Przez 8 lat byłem zatrudniony na stanowisku Inkasenta na naszych pruszkowskich targowiskach, zarówno tym na Żbikowie, jak i tym przy ul. Komorowskiej. Ówczesna posada pozwoliła mi na poznanie wielu z Was, a i przyjaźni wiele tam zdobyłem, więc w pewien sposób uznaję to za moje Yang. Było to bowiem miejsce pełne radości, dźwięku i wydarzeń; miejsce wymarzone do pracy dla kogoś, kto tak, jak ja lubi obserwować ludzi. Właśnie za te lata spędzone na targowisku, wszystkim pruszkowiakom, ale i nie tylko, bardzo dziękuję.

Od 16 lat staram się być dobrym ojcem dla mojej córki, Zuzi, która jest jedynym sensem mojego istnienia i która śladem taty również uczy się w szkole, o której tutaj wspomniałem. Z kolei zawodowo od dekady jestem właścicielem serwisu samochodowego CoolCars, dzięki któremu dalej mogę Was poznawać. Jestem również ogromnym pasjonatem akwarystyki oraz miłośnikiem zwierząt. Dowody na to drugie da się zobaczyć w naszym małym żbikowskim ZOO, w którym mamy 80 akwariów o łącznej pojemności wody ponad 4500 litrów, terrarium z wężem zbożowym, świnkę morską, buldoga, nowofundlanda, kanarka, oczko wodne z karpiami Koi. I to właśnie na tę pasję w głównej mierze poświęcam dziś cały swój wolny czas.

Możesz być tym, kim zechcesz, o ile będziesz na to pracował, nic nie przychodzi samo…