Anna Kozłowska-Mrozowska

Rocznik 87’. Z wykształcenia anglista, prywatnie — psia “madka”, żona i Pruszkowianka, która szuka magii w życiu, aby uciec od nudnej rzeczywistości.
Ale zacznijmy od początku, czyli de facto od środka. Nigdy nie zgadzałam się z otaczającą mnie rzeczywistością i zawsze byłam zbyt dociekliwa dla własnego dobra. Należę do grona tych osób, które przez wielu określane są barwnymi lub po prostu dziwakami. Z drugiej strony, jak inaczej można nazwać kogoś, kto chodzi z psim „zaprzęgiem”, złożonym z trzech psów i robi czworonogom pseudo psychoanalizy podczas spacerów? Odpowiedź nasuwa się sama.

Parę lat temu zaczęłam bardziej interesować się fotografią, żeby móc ukazywać przeinaczoną, nieco mroczną, tudzież magiczną rzeczywistość, która dziwnym zbiegiem okoliczności zwykle wydaje się nieco smutna i zmuszająca do refleksji. Chociaż, jakby się nad tym zastanowić, to może po prostu chcę pokazać, jak widzi się świat bez okularów, mając astygmatyzm. Pomijając ten szczegół, tak właśnie powstało Buraczane Foto. Czemu buraczane? Ot tak, bo swojskie i nawiązujące do ksywki moich psów – buraków. Robię zdjęcia głównie Tatr, ichniejszej fauny i flory oraz psów. Oczywiście, nie samą fotografią człowiek żyje, dla mnie to hobby i możliwość kreatywnego wyżycia się, kiedy nie muszę jechać na trening agility i kiedy akurat nie pasę mojego mudi.

W życiu zawodowym jestem związana z bankowością, a ta zawitała do mojej codzienności po długich poszukiwaniach pracy, do której chciałoby się chodzić, a zarazem udałoby się dzięki niej dać godne życie swoim trzem psim córkom. Kiedy ktoś pyta, na czym polega moja praca, odpowiadam – na szukaniu informacji w Internecie i żonglowaniu schematami w poszukiwaniu tego jednego właściwego, który akurat pasuje. Nie ma rzeczy nie do znalezienia, sami nie jesteśmy świadomi, ile śladów zostawiamy po sobie, czasami wystarczy odpowiednie zaklęcie w Googlu i już.

Wracając jednak tak jakoś pokrętnie, zaklęciami do tematu magii, przyznaję, że pomimo swojego wieku nadal jestem wielką fanką świata wykreowanego przez J.K. Rowling, bo jakby na to nie patrzeć jestem pokoleniem Pottera, który od roku 2000 zaczął zaskakiwać rodziców zmuszających swoje niechętne dzieci do czytania książek. Nie zwracałam zbytnio uwagi na same przygody chłopca z błyskawicą na czole, sama dzięki swojemu dziecięcemu lenistwu mam „Y” na brwi, ale moją uwagę przykuła swoista dwoistość świata czy też równoległy świat w czasie rzeczywistym, przeplatający się z tym ludzkim, do którego można wejść, jeżeli nie jest się Mugolem. Ten tak jakby eskapizm mi został, bo w tej nudnej rzeczywistości, bazującej na pracy i obowiązkach trzeba znaleźć odrobinę magii, żeby nie zwariować, i to niezależnie od wieku.