Anna Hejnowicz

Kim jestem?
Jestem taką małą Anią, która od 11 lat przemyka po ulicach Pruszkowa, ciągle odkrywając niesłychany potencjał miasta i jego mieszkańców. Często schowana pod stertą projektów, książek i niezliczonych notatek.
Ma w głowie setki pomysłów i trudno jej usiedzieć w jednym miejscu. Czasami zbiera wokół siebie ludzi, by wspólnie przeprowadzić akcję, zainicjować działanie, przekonać do wprowadzenia małych lub większych zmian.
Później chowa się za zasłonę i z uśmiechem obserwuje, jak zrodzony którejś nocy pomysł, wrasta w życie miasta. I najchętniej już za tą zasłoną by została – gdyby nie ludzie i nowe pomysły, bez których nie potrafi żyć.

Nie jestem rodowitą Pruszkowianką. Urodziłam się w Gdyni. Po stanie wojennym moja rodzina przeprowadziła się na Podkarpacie, więc okres szkolny spędziłam już na Roztoczu w przepięknej miejscowości Horyniec-Zdrój, gdzie zostawiłam całe swoje serce. Jego połowę udało mi się później zabrać ze sobą dalej 😉

Po ukończeniu podstawowej edukacji w Horyńcu, wyjechałam do Liceum Plastycznego z internatem w Jarosławiu, gdzie pod czujnym okiem cudownego Henryka Cebuli, ukończyłam kierunek Wystawiennictwo. Marzenia o kontynuacji edukacji artystycznej na Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych niestety się nie spełniły. Wylądowałam więc na Uniwersytecie Śląskim w Cieszynie w Instytucie Sztuki na kierunku Grafika Warsztatowa, która jest moją wielką pasją do dziś.

W międzyczasie pojawił się półroczny incydent w Londynie, gdzie pojechałam za moją miłością z horynieckiego podwórka, i która znosić musi moje tułaczki do dzisiaj.

I nagle pojawiła się Warszawa — nigdy wcześniej o niej nie myślałam. Na wakacjach w Horyńcu, pracując w restauracji, myślę, że za sprawą czytanego wtedy Marcela Prousta, poznałam cudowną rodzinę, która zaproponowała mi współpracę w Warszawie. Przyjechałam — taka mała Ania, z maleńkiej miejscowości tuż przy granicy z Ukrainą, pełna kompleksów, wystraszona — no i się w tej wielkiej Warszawie zakochałam. Wpadłam po uszy — pracowałam w Stowarzyszeniu Szkoła Liderów — które pochłonęło mnie bez reszty m.in. przy projektach propagujących kulturę mniejszości narodowych w Polsce, to tam poznałam ludzi, którzy nauczyli mnie życia w wielkim mieście, kreatywności i uporu przy realizacji planów. Chodziłam na lekcje rysunku, warsztaty z historii sztuki, wystawy, spektakle — nie mogłam uwierzyć, że to wszystko jest w zasięgu mojej ręki. Chciałam podjąć kolejne studia i mój wybór padł na Archeologię Śródziemnomorską na Uniwersytecie Warszawskim i to właśnie tam, na ostatnim roku studiów, po raz pierwszy pojawił się Pruszków.

Szukałam ciekawych badań archeologicznych, gdzie mogłabym odbyć praktyki. Trafiłam do dyrektora Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego — Stefana Woydy, który z otwartymi ramionami przyjął mnie do pruszkowskiego zespołu archeologów na prowadzone wówczas badania na terenie Brwinowa. Zaczęłam w pruszkowskim Muzeum pojawiać się coraz częściej.

Po kilku latach, z mężem, synkiem i kotem Irkiem, kupiliśmy mieszkanie w centrum Pruszkowa.
Pruszków, przy moim niezwykle aktywnym życiu, był dla mnie początkowo potwornie szary, zupełnie bez kolorów — wyjątkiem było właśnie Muzeum ze swoim cudownym małym ogrodem, niezwykły Park Potulickich z zarośniętymi wówczas dzikimi stawami oraz stary zaniedbany Pruszków wokół Fabryki Ołówków i Mechaników. Czułam tu ducha historii, poznałam tu ludzi z ogromną pasją i miłością do niej.

Od dzieciństwa angażowałam się w życie społeczne, więc od pierwszych dni w Pruszkowie, zastanawiałam się, co można zrobić, by Pruszków nabrał kolorów. Widziałam w tym mieście ogromny potencjał.

W 2010 roku wystartowałam w wyborach samorządowych do Rady Miasta, nie liczyłam, że uda się je wygrać – byłam tu nowa, nikt mnie nie znał, a ja dopiero uczyłam się miasta. Postawiłam na bezpośredni kontakt z mieszkańcami, byłam w każdym śródmiejskim domu, rozmawiałam o aktywizacji mieszkańców, o ofercie kulturalnej, o pięknych starych miejscach w Pruszkowie. Poznałam wspaniałe historie o naszym mieście i dziesiątki cudownych ludzi, którzy myśleli podobnie jak ja – wierzyli w Pruszków. No i się udało. Radną Miasta byłam w sumie przez osiem lat — i to były dla mnie najbardziej owocne lata. Myślę, że wraz z grupą zaangażowanych osób, udało się przebić w tym czasie mur, który blokował społeczne inicjatywy i zatrzymał bardzo ciekawe kulturalne projekty w murach instytucji miejskich. Jak mantrę ciągle powtarzałam, że Pruszkowianie są niezwykle kreatywnymi ludźmi, że potrzebują dostępu do kultury przez duże K, że mają duże ambicje, że są niezwykli, uzdolnieni, i że powinni włączyć się w rozwój miasta, że miasto powinno o nich mówić i wspierać ich działania. Byłam inicjatorką Młodzieżowej Rady Miasta i Pruszkowskiej Rady Seniorów — ponieważ uznałam, że tylko przedstawiciele poszczególnych grup mieszkańców, są w stanie precyzyjnie wskazać ich potrzeby i pomóc miastu wprowadzać odpowiednie zmiany. Pracowałam nad wprowadzeniem Budżetu Obywatelskiego — dzięki któremu mieszkańcy poczuli, że mają wpływ na rozwój Pruszkowa. Nie było łatwo przebić się z tymi pomysłami — ale jestem uparta i jeżeli wiem, że coś jest dobre, zrobię wszystko, aby zostało zrealizowane. Nie zniechęcają mnie drobne niepowodzenia.

Dzisiaj, gdy już nie jestem radną, trudno mi jest odciąć się od pracy dla miasta. Nie potrafię. Więc ciągle staram się wspierać społeczne inicjatywy. Śledzę działania pruszkowskiego magistratu, dyskutuję z przyjaciółmi w Radzie, staram się podpowiadać rozwiązania. Zawsze namawiam do szerokiej współpracy i do wsłuchania się w to, co mają do powiedzenia mieszkańcy. Czuję się odpowiedzialna za Pruszków – dzisiaj to także moje miasto.

Aktualnie również Pruszków wygląda inaczej, nabrał kolorów, głównie przez zaangażowanie mieszkańców i działalność pruszkowskich organizacji pozarządowych. Jest jednak jeszcze dużo do zrobienia.

Cóż – taka już jestem, że nie potrafię pracować tylko trochę. W pracę zawodową, w projekty, w nowe pomysły angażuję się całą sobą, na 200 procent i wciągam w to ludzi, którzy mają ochotę podziałać razem ze mną. I nie lubię być w centrum uwagi, zazwyczaj, gdy już projekt wchodzi w fazę realizacji — usuwam się w cień i patrzę, jak się rozwija.

W Pruszkowie znalazłam wielu ludzi, którzy są dla mnie inspiracją, których niezwykle podziwiam. Niektórzy pojawili się już w projekcie Pruszkowiak, niektórych już wśród nas nie ma, a inni, mam nadzieję, trafią na łamy tego niezwykłego projektu w przyszłości.

Co jeszcze robię? Zawodowo zajmuję się zarządzaniem, głównie finansami. Od prawie dwóch lat koordynuję też terenowy oddział Studiów Podyplomowych lubelskiej uczelni, właśnie w naszym Pruszkowie – cieszę się, że z tą ofertą mogliśmy pojawić się w naszym mieście. Od kilku lat, z grupą przyjaciół prowadzimy w Pruszkowie dyskusyjny Klub Obywatelski, gdzie podejmujemy często trudne tematy. Do udziału w dyskusji zapraszamy wszystkich mieszkańców. Jestem też przewodniczącą Pruszkowskiego Koła Platformy Obywatelskiej. Nie uciekam od polityki, bo wierzę, że możemy mieć na nią wpływ, uważam, że powinniśmy być w tym zakresie aktywni, jeżeli oczekujemy zmian. Jestem także mocno zaangażowana w obronę podstawowych wartości europejskich, które zostały wystawione na próbę, nie tylko w naszym kraju. Staram się też zachęcać ludzi do działań charytatywnych – już od wielu lat, udaje mi się angażować coraz więcej osób m.in. do akcji Szlachetna Paczka.

Najważniejsze jest dla mnie zawsze to, że możemy robić coś dobrego wspólnie. W pojedynkę oczywiście można zgłosić dziurę w chodniku czy awarię latarni, jednak jeżeli oczekujemy trwałych zmian, potrzebni są ludzie i ich zaangażowanie.

No tak, wygląda na to, że tylko pracuję i coś tam staram się robić z ludźmi 😉

Mam jeszcze swój dom i prywatną przestrzeń, miejsce tylko dla mnie, taki mój własny raj — połowa serca, którą udało mi się zabrać z Horyńca, ma na imię Grzegorz i jest moim mężem od 18 lat, jest też cudowny syn Szymon, który szuka właśnie pomysłu na własne, dorosłe już życie — mały ogród na balkonie, gdzie totalnie odrywam się od rzeczywistości i gotowanie — uwielbiam gotować, eksperymentować, z jedzeniem jest już trochę gorzej 😉. Stosy książek, których nie mam czasu dokończyć, zaczęte rysunki i muzyka, która wypełnia całe nasze rodzinne życie. Małe wspólne podróże, wieczory przy dobrym filmie, powroty na Roztocze i marzenia, z których nie chcę nigdy zrezygnować.

Będę więc pewnie wiodła to swoje pruszkowskie życie – od nieprzespanych nocy do spotkania z kolejnym niezwykłym człowiekiem, od pomysłu do realizacji nowego projekt, od podglądania ciekawych rozwiązań do wdrożenia ich w naszym mieście. I ten mój domowy raj, mój azyl. Moi cudowni chłopcy i mam nadzieję, że niebawem znów ukochane zwierzątko, bez którego dom zrobił się pusty i smutny. A temu wszystkiemu towarzyszyć będą ludzie, którzy nadają sens mojemu życiu. Pruszków takich ludzi ma wielu – musimy tylko czasami się zatrzymać, zamienić kilka zdać, docenić to, co robią, zaprosić do współpracy lub pomóc. Czyli dokładnie to, co robi Maciek Bochnowski z ekipą w PRUSZKOWIAKU! Wielkie dzięki Maćku za ten niezwykły projekt!!!