Aneta Tarnowska

Pruszków to moja mała ojczyzna. Moje ulubione miejsce na ziemi, do którego zawsze wracam z wielką radością. I nie piszę tego bez przyczyny — w głowie roiło się wiele pomysłów, co do miejsca zamieszkania, był również epizod życia w Warszawie, ale wiecie co? To nie to samo. Niby Pruszków to przysłowiowy „rzut beretem” od stolicy, na dodatek wspaniale skomunikowany, a bliskość wielu atrakcji nieustannie przyciąga ludzi z całej Polski, którzy choć przez chwilę chcą zaznać życia w Wielkim Mieście. Jednak to Pruszków jest tym Wielkim Miastem, w którym chce się być. Po pracy jest dla mnie wielkim ukojeniem, oazą spokoju, którą niezmiernie sobie cenię. Młodsza wersja mnie zapewne kiedyś po przeczytaniu tego wstępu uśmiałaby się po pachy. Dziś – młoda, ukształtowana, ciągle rozwijająca swoje skrzydła, ambitna kobieta, którą się stałam, docenia to, że może w każdym momencie wrócić do swojej przystani i do kochających ją ludzi, którzy również wiodą swoje (niekiedy równie zwariowane, jak moje) życie prywatna oraz zawodowe w Pruszkowie. Tej miłości i przywiązania do miejsca nie da się opisać. To wszystko zapisane jest w sercu, w historii, którą każdy z nas tworzy przez całe swoje życie.

A wszystko zaczęło się w latach 90., kiedy to przyszłam na świat w Szpitalu na Wrzesinie. We wczesnym dzieciństwie mieszkałam z rodzicami w małym, 19-metrowym mieszkanku. Wspólnie dzieliliśmy jeden pokój, który jednocześnie był salonem, moim pokojem zabaw, sypialnią i jadalnią. Naprzeciwko naszego bloku mieściło się i zresztą nadal tam istnieje, Przedszkole Miejskie, które wtedy nosiło nazwę „Pod Kasztanami”. Właśnie tam rozpoczęła się moja wielka przygoda z muzyką. Na lekcji rytmiki Pan Jacek zwrócił na mnie uwagę. Jak stwierdził, wyróżniałam się na tle innych dzieci w grupie lepszym słuchem muzycznym, więc przygarnął mnie pod swoje skrzydła. Zaczęłam uczęszczać na lekcje pianina i śpiewu do Miejskiego Ośrodka Kultury przy ulicy Marii Zimińskiej-Sygietyńskiej. Z tym miejscem związanych jest zresztą mnóstwo historii, o których tak naprawdę mogłabym opowiadać całymi dniami…

Poznałam tam fantastycznych ludzi, którzy podzielali ze mną pasję i niesamowicie rozwinęłam się również w kierunku muzycznym. Muzyka do tej pory jest obecna w moim życiu i prawdę powiedziawszy, nie wyobrażam sobie bez niej życia. Poza tym to właśnie ów ośrodek i poznani tam ludzie zaszczepili we mnie miłość do kultury i działalności artystycznej. Jednym słowem zawdzięczam temu miejscu naprawdę wiele.

Wygrane konkursy czy Przeglądy Kolęd i Pastorałek, które zawsze odbywały się w Domu Kultury na przełomie stycznia oraz lutego to już tylko historia. Teraz na miejscu Miejskiego Ośrodka Kultury powstaje nowy, piękny blok. Tylko nieliczni będą wspominać go z wielkim sentymentem i być może łezką w oku. Ja szczęśliwie zaliczam się do grona osób, które były częścią niezwykłej społeczności MOK-u; społeczności niewątpliwie budującej pewien rozdział w życiu Pruszkowa. Za chwilę zastąpi go nowy. Czy lepszy? Nie wiem, nie mnie to oceniać.

Sądzę tylko, że ta konkretna okolica już zawsze będzie kojarzona przez nas, młodych muzyków z zamiłowania, z miejscem pierwszych koncertów, licznych spotkań z ludźmi o podobnych zainteresowaniach oraz występów publicznych, które poniekąd przełamywały nasze słabości i udowadniały, że jesteśmy utalentowani – że mamy w sobie to „coś”, co wyróżnia nas spośród innych. Wiem, że to miejsce i Ci ludzie na zawsze pozostaną w mojej pamięci, a w sercu zawsze będą mieli swój kąt.

I tak historia z Miejskim Ośrodkiem Kultury trwała właściwie aż do czasów licealnych. Opuściłam jeszcze trochę lat związanych ze swoją edukacją, którą również zdobywałam w Pruszkowie. Najpierw w Szkole Podstawowej nr 6, gdzie zawsze byłam wzorową uczennicą z czerwonym paskiem na świadectwie. Właśnie w podstawówce okazało się, że mam cechy dobrego przywódcy grupy i lubię bezinteresowanie pomagać innym. Dlatego też już w III klasie zostałam wybrana na przedstawicielkę samorządu szkolnego klas młodszych, I-III. Od tamtej pory, co roku byłam w samorządzie uczniowskim, który był odpowiedzialny za organizowanie akcji charytatywnych czy różnych imprez tematycznych dla uczniów szkoły. Od najmłodszych lat lubiłam być po prostu aktywna społecznie i tak pozostało do dzisiaj.

Edukację kontynuowałam w najlepszej szkole na świecie, czyli Gimnazjum nr 4. Miałam niesamowite szczęście do nauczycieli, którzy stawali na mojej drodze, a już szczególnie do tych, którzy pracowali nad ukształtowaniem mojej osoby w gimnazjum. Śmiało mogę stwierdzić, że dzięki nim okres gimnazjum był tym najlepszym w całym toku obowiązkowego nauczania. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym również wtedy nie zaangażowała się w życie szkoły: byłam częścią chóru szkolnego, a także brałam udział w życiu społecznym naszego gimnazjum, najpierw jako uczestniczka samorządu szkolnego, a następnie w ostatnim roku, jako vice przewodnicząca.

Po gimnazjum przyszedł czas trudnego wyboru dalszej drogi i decyzji, którą szkołę średnią wybrać. Ostatecznie padło na XXI Liceum Ogólnokształcące im. Hugona Kołłątaja, do którego uczęszczałam przez kolejne 3 lata. Nawiasem mówiąc, były to 3 najtrudniejsze lata w moim życiu. Mimo wszystko udało mi się przetrwać ten okres i oczywiście (pomimo trudności i zniechęcenia) swoim zwyczajem w tym przypadku również zaangażowałam się w życie szkoły. Z moimi znajomymi dbaliśmy między innymi o części artystyczne ważnych dla niej wydarzeń. Z perspektywy czasu uważam, że liceum już zawsze pozostanie w mojej pamięci, jako szkoła życia, która dała mi wiele gorzkich i słodkich lekcji na przyszłość, za co niezależnie od wszystkiego jestem dzisiaj ogromnie wdzięczna.

Pozostając jeszcze na chwilę w temacie edukacji, muszę przyznać, że całe życie myślałam, że bliżej mi do przedmiotów humanistycznych, niż ścisłych i to fakt nie bez znaczenia dla dalszej części tej opowieści. Zawsze marzyłam o byciu prokuratorem, bo nie miałam problemu z wyjściem na środek i przedstawieniem swojego punktu widzenia. Zawsze miałam „gadane”, byłam przebojowa i nigdy niczego się nie bałam. Aż nagle w liceum zafascynowała mnie biologia i chemia. Nie wiem czemu. Odczarowałam się z lekcji historii i polskiego. Przestały interesować mnie wojny, wszelkie historyczne smaczki, uczenie się na pamięć i klepanie wszystkiego ciurkiem jak wiersza. Świat biologii i chemii zaczął mieć dla mnie większe znaczenie, był bardziej interesujący, niż dotychczas. Był o wiele trudniejszy i dla typowego humanisty czasami za trudny, ale postanowiłam na maturze postawić wszystko na jedną kartę i tak oto zostałam fizjoterapeutą. Nieźle, co? Nigdy nawet nie myślałam, że w jakikolwiek sposób będę związana ze światem medycyny. A to proszę. Niespodzianka!

Skończyłam Wyższą Szkołę Rehabilitacji w Warszawie, gdzie uzyskałam tytuł licencjata, a później, życie pokierowało mnie w stronę Krakowa. 2-letnie studia magisterskie spędziłam na Uniwersytecie Jagiellońskim, jednocześnie już pracując w zawodzie, na dodatek w Pruszkowie w jednej z przychodni rehabilitacyjnych na NFZ. Co dwa tygodnie jeździłam do Krakowa na zajęcia, co było niesamowitym okresem w moim życiu. Poznałam tam cudownych ludzi, z którymi spędziłam fantastyczne chwile. Nigdy, przenigdy nie żałowałam tej decyzji. To był bardzo intensywny czas, ale dający wiele satysfakcji nawet obecnie, gdy o tym myślę. Z Krakowem już zawsze będą wiązać się ciepłe wspomnienia…

I tak od 4 lat działam prężnie w zawodzie. Oprócz zadań, które przydzielano mi z racji stanowiska, już w pierwszej pracy, o której wspomniałam wyżej, pomagałam koordynatorce w działaniach, które miały pomóc przy organizacji placówki. Oczywiście już od początku dałam się poznać jako osoba zaradna, zorganizowana oraz chętna do pomocy. Stąd też w moim kolejnym miejscu pracy, jakim był Centralny Szpital Kliniczny MSWiA w Warszawie, przez pewien czas pełniłam funkcję p.o. koordynatora zespołu fizjoterapeutów. Ja, 25-letnia dziewczyna, miałam nie tylko pomagać ludziom jako terapeuta, ale również zarządzać podległym mi personelem. Niestety jednak przyszedł czas pandemii i tutaj muszę zatrzymać się na chwile, ponieważ poprzedni rok był czymś wielkim, przede wszystkim dla mnie, jako medyka.

Pamiętam jak dziś – 14 marca 2019 ogłoszono, że nasz szpital zostaje przekształcony w jednoimienny szpital zakaźny. Wszyscy myśleliśmy, że potrwa to dwa, no może trzy tygodnie. Niestety. 30 kwietnia 2019 byłam pierwszy raz na oddziale covidowym jako fizjoterapeuta. Pamiętam ten stres, jakby to wszystko działo się wczoraj. Absolutnie nie wiedziałam, co mam robić. Nie wiedziałam, jak mam się zabezpieczyć, ani jak się ubrać, chociaż szkolenie przechodziliśmy parę dni wcześniej. Nikt nie przypuszczał, że to rozwinie się aż na taką skalę. Nie wiedziałam, jak mam w ogóle pracować z pacjentami w tym całym kombinezonie. Powrót z dyżuru był strasznie wyczerpujący i trudny. Potem już było coraz łatwiej. Każdy wiedział, jak działa szpital, wiedział jak się po nim poruszać, gdzie są strefy czyste, gdzie brudne. Gdzie mamy się rozbierać, gdzie ubierać i przede wszystkim jak pomagać tym ludziom. To po prostu była już codzienność. Parę dyżurów w tygodniu, gdzie wszyscy siedzieli na krajowym lockdownie, było dla mnie jak wytchnienie — wyjście do mojego stałego zespołu terapeutycznego, w którym pracowaliśmy przez rok, było czymś nie do opisania. Każdy po oddziale łaknął towarzystwa, rozmów, wspólnie spędzanych chwil, nawet jeśli siedzieliśmy od siebie w odstępach 2 metrów. Potem, oprócz szpitala, w najgorszym momencie pandemii, doszła jeszcze praca na Stadionie Narodowym. To całe poświecenie skończyło się wielką nagrodą — zostałam wyróżniona przez Ministra Zdrowia odznaką honorową za Zasługi dla Ochrony Zdrowia. Uważam, że ten moment w moim życiu jest czymś niebagatelnym, czymś, o czym będę mogła opowiadać swoim dzieciom w przyszłości. Nie przeżyje się czegoś takiego drugi raz. To jednocześnie było coś strasznego, a jednocześnie dało kolejny raz wielką szkołę życia zwieńczoną pięknymi chwilami.

W roku pandemii udało mi się skończyć studia podyplomowe w Szkole Głównej Handlowej z Zarządzania Organizacjami Ochrony Zdrowia. W tym samym czasie również spróbowałam swoich sił jako wykładowca na kierunku Technik Masażysta w jednej z policealnych szkół w Warszawie. Obecnie zajmuje się jednak zupełnie czymś innym — usprawniam pacjentów kardiologicznych w klinice rehabilitacyjnej pod Warszawą na oddziale kardiologii. Od października zaczynam również certyfikowane studia podyplomowe na kierunku Integracji Sensorycznej. Jeszcze nie wiem, gdzie dokładnie jest moje miejsce w zawodzie fizjoterapeuty. Nie wiem, czy będę zajmowała się dziećmi ze spektrum, czy pacjentami kardiologicznym, ortopedycznymi czy geriatrią, bo mam dopiero 26 lat. Jednak jedno wiem na pewno — chcę pomagać ludziom, którzy tej pomocy potrzebują. Bo dobro wraca, wiecie? Już niejednokrotnie się o tym przekonałam.

Słowem zakończenia, nadal mieszkam w Pruszkowie. Chcę tu stworzyć swój przyszły dom, założyć rodzinę i być tu razem z nimi szczęśliwą osobą. Wiem, że jestem na dobrej drodze do tego, aby to osiągnąć.

Aneta.

__________________________

Zdjęcie wykonane dzięki uprzejmości „Kamyk” Miejski Ośrodek Kultury im. A. Kamińskiego w Pruszkowie.