Andrzej Wacławek

Nazywam się Andrzej Wacławek. Mieszkam w Pruszkowie, można by rzec, od urodzenia, gdyby nie fakt, że kiedy miałem przyjść na świat, to zabrakło dla mnie miejsca na pruszkowskiej porodówce. Tak więc ojciec zabrał mamę na przejażdżkę kolejką EKD do Milanówka, gdzie usłyszano mój pierwszy krzyk w samo południe, w dniu Bożego Ciała roku 1954. A gdy do domu wracaliśmy tą samą linią po dwóch tygodniach, Pruszków też nie witał mnie radośnie, czerwcowym śpiewem ptaków, lecz całkowitym zaćmieniem słońca. W ramionach mamy wylądowałem bezpiecznie w naszym domu w Malichach.

Rodzice od przedwojnia byli związani z psychiatrycznym szpitalem tworkowskim, gdzie pracowali jako pielęgniarze. Ojciec, teren zajmowany przez szpital, znał jak własną kieszeń. Po roku z kawałkiem na świat przyszedł mój brat, Henryk. W domu często opowiadano o tym, że w szpitalu leczeni byli i żołnierze września 1939 roku, i Powstańcy Warszawscy. Mówiło się też o obozie dla wypędzonych z Warszawy i o tym, że pomoc jest wtedy, gdy płynie całkowicie z serca, a jak się w jakąś sprawę czy ideę angażujemy, to bez stawiania warunków.

Rodzice zaszczepili we mnie ciekawość świata, a szczególnie miejsca, w którym przyszło mi żyć. Jako dziecko z natury ciekawskie i ruchliwe, poznałem od podszewki teren przyległy do szpitala i same Tworki, o Malichach nie wspominając. Pieszo i na rowerze zwiedziłem wszystkie kąty w Pęcicach, Regułach, Suchym Lesie, Sokołowie, Raszynie, Michałowicach, Nadarzynie i Piastowie (na początku droga na targ, a potem szkoła). Poznawałem stopniowo wiele miejscowości na trasie kolejki EKD/WKD, ale dopiero na szarym końcu zainteresował mnie Pruszków, który był gdzieś daleko za parkiem Potulickich. Wreszcie przyszedł okres 8 lat dogłębnego poznawania Piastowa, a to za sprawą Szkoły Podstawowej nr 3, do której mnie przyjęto. Droga powrotna ze szkoły była długa i wyboista, gdyż po drodze trzeba było zaliczyć wiele pagórków i obniżeń terenu. A o obecnych sąsiadach zza miedzy, czyli gminie Michałowice, nawet nie wspomnę. Prędzej nauczyłem się chodzić po bagnach i rozlewiskach przy Utracie i Raszynce niż poznałem ulice tego głównego Pruszkowa, do którego podobno Malichy administracyjnie przynależały. To do Pęcic po mleko codziennie się przez łąkę chodziło. To na polach regulskich w zabawach na stogach portki do skóry się wycierało. To do lasu za Suchym Lasem na grzyby o 4:30 wśród pól na piechotkę się zasuwało (jedząc po drodze kradzioną marchew, wytartą o rękaw).

Wreszcie przyszedł czas na Pruszków. Zacząłem wtedy naukę w LO im. Tomasza Zana, więc przez 4 lata przemierzałem drogę ze stacji kolejki WKD do liceum, a wracając, lubiłem wydłużać sobie drogę przez Żbików i Gąsin. W tym czasie zaczęły się wycieczki rowerowe po okolicy, nawet do 100. km dziennie. A i o sąsiadach zza między nigdy nie zapomniałem, często urządzając razem z kolegami spływy kajakowe Utratą i po stawach pęcickich (na dziko). Zdarzały się też krótkie wypady wakacyjne w Polskę, żeby zobaczyć, jak wygląda świat za Pruszkowem. Po maturze przyszła kolej na dalszą edukację w Warszawie, gdzie poznałem moją przyszłą żonę. Potem już było z górki: małżeństwo, pierwsza praca w ZOZ w Pruszkowie i poznawanie mieszkańców miasta z najodleglejszych i najbiedniejszych dzielnic, ze Żbikowem włącznie.

Jako pracownik socjalny przez 7 lat przemierzyłem wielokrotnie cały Pruszków i zdarłem niejedne buty, kwalifikując do pomocy społecznej rodziny w potrzebie. Mieszkaliśmy z żoną przez kilka lat przy ulicy Drzymały, a jak pobudowaliśmy własny dom, wróciliśmy do Malich. Wtedy też podjąłem decyzję o znalezieniu lepiej płatnej pracy i trafiłem do Zarządu Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Gmach Pałacu przemierzam już blisko 33 lata i nie ma w nim zakamarków, do których bym nie dotarł. Kiedy urodził nam się syn, powróciła moja pasja podróżnika i co roku w wakacje jeździłem z naszym Marcinem do Augustowa lub do którejś z miejscowości nadmorskich, zwiedzając wszystko, co się da w okolicy.

To moje zamiłowanie do poznawania Polski zaowocowało tym, że gdy w roku 2015 trafiłem do „Jaskini Lwa” Znaczków Turystycznych w Złotym Stoku, to już niebawem zaraziłem się „znaczkozą”. Od tego czasu buszujemy z żoną po Polsce Szlakiem Znaczka Turystycznego w poszukiwaniu miejsc, do których bez Znaczka Turystycznego byśmy nie trafili. Poznałem wielu wspaniałych ludzi związanych z tą ideą, którzy mieszkają w całej Polsce, a także w Czechach, Słowacji, Niemczech, na Ukrainie. Ludzi różnych zawodów i światłych poglądów, których łączy idea Znaczka Turystycznego: „Poznaj świat bez granic i uprzedzeń, usiądź przy wspólnym stole i rozmawiaj o tym, co nas łączy, bez polityki”.

Przez kilka lat starałem się, żeby Pruszków, ze swoją historią, też trafił na mapę Znaczków Turystycznych, ale jakoś nie wychodziło. Do czasu, gdy w wirtualnym świecie znalazła mnie pruszkowska radna, pani Małgorzata Widera. Opowiedziałem jej o swoim zakręconym hobby, które skądinąd bywa zaraźliwe. Po udanej prezentacji zdobytych przeze mnie znaczków turystycznych w Muzeum Sue Ryder w Warszawie oraz w Muzeum Powstania Warszawskiego, w czerwcu 2019 r. dostałem zaproszenie do udziału w „Śniadaniu w Parku Kościuszki” w Pruszkowie, by móc podzielić się swoim hobby z mieszkańcami miasta i zachęcić ich do aktywnego zwiedzania kraju. W sierpniu 2020 r., dzięki zaangażowaniu wielu społeczników w Pruszkowie i w Polsce oraz w samych placówkach, udało się pokazać Pruszków na mapie Europy, jako miejsce posiadające Znaczki Turystyczne. Są to znaczki: No. 993 Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego im. Stefana Woydy w Pruszkowie oraz No. 994 Muzeum Dulag 121 w Pruszkowie.

Mam nadzieję, że to tylko dobry początek, bo jest w powiecie pruszkowskim wiele miejsc, które z dumą możemy pokazać światu. Pruszków reklamuję i promuję wszędzie, gdzie jestem w Polsce – mam swoją pieczątkę: „Kolekcjoner Znaczków Turystycznych Andrzej Pruszków – Malichy”, którą posługuję się w miejscach odwiedzanych przez turystów. Jako człowiek przez wiele lat związany zawodowo z Warszawą otrzymałem od samorządu stolicy odznakę „Zasłużony dla Warszawy”. Jako kolekcjoner i pasjonat znaczków turystycznych posiadam brązową i srebrną „Odznakę Znaczki Turystyczne”. W przyszłym roku przechodzę na emeryturę i zamierzam dalej spędzać czas aktywnie, jako że mój świat nie kończy się tam, gdzie śpię.