Aleksandra Pepłońska

Nie jestem przyzwyczajona do opowiadania o sobie, na co dzień opowiadam raczej o dobrodziejstwach miejsca, w którym pracuje, ale do tego jeszcze dojdziemy…

Nazywam się Aleksandra Pepłońska. Dla znajomych Sania. Nie jest to ksywka, ale zdrobnienie imienia, które wynika z białoruskiego pochodzenia mojej mamy. Urodziłam się i wychowałam w Gostyninie — niedużej miejscowości w województwie mazowieckim. Dzięki częstym wyjazdom na Białoruś w dzieciństwie jestem dwujęzyczna i kocham kulturę wschodu. Swoją drogą może nie tylko wyjazdy do Mińska sprawiły, że język rosyjski jest dla mnie jak ojczysty. Kiedy byłam dzieckiem książki, które czytała mi mama i oglądane przeze mnie bajki (jeszcze na kasetach VHS), były głównie w języku rosyjskim. Do dzisiaj z uśmiechem na twarzy słucham opowieści mojej babci, która po jednym z moich przyjazdów przeraziła się, jak usłyszała, że mówię głównie po rosyjsku. Dla niej było to równoznaczne z tym że pewne z polskim będę miała problem. Na szczęście dzieci, szczególnie na etapie nauki mówienia jak wówczas ja, chłoną wiedzę jak gąbka, a ja potwierdzam, że z ojczystym językiem problemów nie mam. Dlatego też z tego miejsca zachęcam młodych rodziców do dzielenia się z pociechami swoją znajomością języków obcych.

Odkąd sięgam pamięcią, podążałam własnymi ścieżkami. Ponieważ posiadam artystyczną i nieco buntowniczą duszę, długo szukałam kierunku, który powinnam obrać. Za czasów szkolnych chodziłam więc na lekcje rysunku, tańca, śpiewu, niejednokrotnie brałam też udział w lokalnych konkursach wokalnych.
Po zakończeniu liceum postanowiłam uczyć się charakteryzacji i efektów specjalnych (blizny, deformacje twarzy, postarzanie). W tym celu przeprowadziłam się do Warszawy. Bardzo szybko jednak okazało się, że mimo zdolności manualnych, nie czułam się w tym dobrze i już na pierwszym roku wiedziałam, że nie chcę podążać tą drogą. Uczyłam się zaocznie, więc chcąc utrzymać się w „wielkim mieście”, do którego początkowo byłam sceptycznie nastawiona, zaczęłam pracować w sklepie odzieżowym. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego, jak ogromną satysfakcję przynosi mi bezpośredni kontakt z klientem i w końcu poczułam, że to jest to, co chcę robić w życiu!

Jako że przywódcze cechy charakteru zawsze gdzieś tam we mnie drzemały, zaczęłam studiować coaching w zarządzaniu. W międzyczasie dryfowałam zawodowo między sprzedażą a gastronomią, aby docelowo w 2017 roku trafić do branży fitness. I tu poniekąd zaczyna się moja historia w Pruszkowie.

Pracę zaczynałam w innej sieci, niż pracuję obecnie. Dopiero w grudniu 2018 objęłam stanowisko konsultanta w Total Fitness i już od pierwszych dni byłam pod wrażeniem atmosfery panującej w klubie, nie tylko wśród personelu, ale również między personelem a Klubowiczami. Przez kilka miesięcy pracowałam na Wilanowie i Woli, a ponieważ w Pruszkowie powstawał wtedy nowy Total, z czasem otrzymałam propozycję przeniesienia się tutaj. Przedsprzedaż karnetów, którą zajmowałam się, stawiając pierwsze kroki w branży, była świetnym doświadczeniem. Dzięki niemu poznawałam pierwszych Klubowiczów i widziałam, jak od podstaw powstaje klub, w którym później będę nie tylko pracować, ale również trenować. Niedługo po otwarciu filii w Pruszkowie, zostałam koordynatorem recepcji, ale nie na długo. W międzyczasie powstawało bowiem kolejne „totalowe” dziecko na Bemowie, którym zajmowała się ówczesna manager Pruszkowa. Po jej odejściu zaproponowano mi objęcie stanowiska managera klubu, które sprawuję do dzisiaj.

Przed moją pierwszą wizytą w Pruszkowie jedyne co siedziało mi w głowie to, że „Pruszków zaczyna się tam, gdzie kończą się Reguły”. Na szczęście jedyny brak reguł zafundowałam sobie na własne życzenie, wsiadając do SKM-ki przy pierwszym powrocie do domu… Niestety w przeciwnym kierunku.

Decyzja o przeprowadzce do Pruszkowa przyszła zupełnie naturalnie. Na dodatek przeważyły argumenty czysto logistyczne i fakt, że (o zgrozo!) nie jestem mobilna, więc codzienne dojazdy do pracy z czasem stawałyby się uciążliwe. Dlatego spakowałam graty i przeniosłam się do Pruszkowa, a z czasem pokochałam to miasto!

Obecnie niestety większość swojego wolnego czasu poświęcam na pisanie magisterki. Poza tym jestem młodą kocią matką 4-miesięcznego Pushkina (imię po rosyjskim pisarzu), który przy obecnym trybie dostarcza mi wystarczającą rozrywkę. Niemniej jednak w niedalekiej przyszłości planuję „for fun” wrócić do szkolenia warsztatu wokalnego, uczyć się jazdy konnej i zrobić to nieszczęsne prawo jazdy… No, chyba że konie poniosą mnie tak, że koła zastąpię kopytami (żart). A! Prawie bym zapomniała… wypadałoby również wrócić do regularnych treningów! Do czego zachęcam też innych leniuchów. Jeśli nie jesteście pewni, czy spodoba się Wam w Totalu, zapraszam serdecznie na próbny trening. Jeśli nie zdążyliście z wymarzoną formą do tego lata, to jest idealny moment, żeby zacząć przygotowywać się do następnego.

Podsumowując, Pruszków okazał się dla mnie — dziewczyny z małej miejscowości — idealnym wypośrodkowaniem pomiędzy spokojem, który bardzo sobie cenię a możliwością rozwoju zawodowego. Mimo że nie wychowałam się w Pruszkowie ani jego okolicach, czuję się tu swobodnie, jak w rodzinnym mieście.