Adrian Mamala

Siemanko, jestem Adrian dla niektórych „Chefe” i niedużo mi już zostało do 30-stki.

Co prawda nie urodziłem się w Pruszkowie, ale tu spędziłem większość swojego życia. Począwszy od przedszkola przy ul. Chopina, przez SP nr 6 przy Lipowej i Gimnazjum nr 4. Z rodzinnego miasta wywiało mnie, dopiero kiedy poszedłem do technikum w Milanówku. Niemniej jednak całe swoje „dorosłe” życie jestem związany z Pruszkowem – z własnej, nieprzymuszonej woli, żeby nie było :).

Od początku mojej zawodowej drogi siedzę w gastro. Miała być turystyka, z czym związana była moja edukacja w technikum czy studia, ale przez przypadek znalazłem pracę w hotelowej restauracji. To był dla mnie nowy rozdział; przygoda, która pochłonęła mnie na dobre, chociaż jako dziecko czy w późniejszych, młodzieńczych latach nie miałem zbytnio kontaktu z różnorodnym światem gastronomii. Setki, a nawet tysiące nowych smaków dań i koktajli, pozytywni ludzie po obydwu stronach baru, atmosfera tak odmienna od tego, co nieraz słyszałem od znajomych pracujących w korpo – to wszystko było dla mnie nowe, ale tak bardzo fascynujące, że nim się obejrzałem, wciągnęło mnie w swoje sidła. Dzisiaj to nie tylko moja praca, ale przede wszystkim pasja i sposób na życie. Nic nie może równać się z uczuciem satysfakcji, kiedy z uśmiechem wstajesz rano i idziesz do pracy, bo zwyczajnie lubisz to, co robisz i nie marnujesz czasu na coś, co cię męczy.

Czułem, że to właśnie w gastronomii jest moje miejsce. Dlatego już od pierwszej pensji zacząłem konsekwentnie oszczędzać pieniądze, z myślą, że któregoś dnia uda mi się otworzyć coś własnego i nie będę zależny od żadnych przełożonych. Po kilku latach ciężkiej pracy w gastronomii i dorabiania u ojca w firmie przy tworzeniu mebli na wymiar, pracując czasem łącznie 80 godzin tygodniowo, dopiąłem swego. Dzięki pomocy rodziny, przyjaciół i znajomych w końcu zrealizowałem jedno ze swoich największych marzeń. Otworzyłem pierwszy drink-bar w Pruszkowie, stąd też wzięła się ksywka nadana mi przez nowopoznanych wówczas znajomych z drugiej strony baru. Knajpa okazała się sukcesem większym, niż się początkowo spodziewałem. Nie jestem jednak typem człowieka, który jak już osiągnie cel, osiada na laurach. Wręcz przeciwnie. Wciąż się uczę nowych rzeczy, staram się rozwijać i dążyć do progresu. Po dwóch latach udało mi się otworzyć drugi lokal. Również w Pruszkowie i o podobnej tematyce, a jednak zupełnie inny.

Niestety, pandemia zrobiła swoje. Pierwszego lokalu już nie mam, ale moja motywacja wcale nie słabnie. Będę ciągnął firmę w górę, jak i ludzi, którzy wciąż są przy mnie (kocham Was!).

Lubię to miasto. Spędziłem w nim całe dzieciństwo i naprawdę dobrze je wspominam. W czasach, gdy dzieci nie miały telefonów komórkowych i technologii do umawiania się, i tak wiadomo było, że po szkole kolegów można spotkać na szkolnym boisku do piłki nożnej. Oczywiście, byłem jednym z tych chłopaków, którzy mieli przyjemność grać w Zniczu Pruszków. Wprawdzie był to w moim życiu krótki epizod, ale jednak istotny.

Gdybym miał dzisiaj wskazać ulubione miejsce w Pruszkowie, to bez wahania wybrałby Park Potulickich, który w tej chwili stanowi chyba jedyną ostoję zieleni w samym centrum miasta. Spędzałem tam czas za dzieciaka i chętnie wracam tam, jako dorosły już facet. Nie będę zbytnio oryginalny, jeśli w tym miejscu nie omieszkam wspomnieć o znajdującym się naprzeciwko stacji PKP basenie, gdzie pływać uczył się chyba cały Pruszków. Pływalnia była mała i lata świetności miała już dawno za sobą, ale z perspektywy czasu uważam, że nie brakowało jej klimatu.

Miasto się zmienia, ale dla mnie to wciąż dom. Tutaj poznałem mnóstwo pozytywnych osób i tu zdobyłem przyjaciół, z którymi do dzisiaj dobrze żyję. Jestem szczęśliwy z powodu tego, że jestem tu, gdzie jestem, czyli w Pruszkowie.

Także jak zwykłem mawiać: „Do zobaczenia przy barze”.
Pozdro.

ZDJĘCIE ZROBIONE W RAMACH WYSTAWY w CH NOWA STACJA