Adam Skibski

Cześć mam na imię Adam i jestem kucharzem z Pruszkowa. To właśnie w tym mieście, a dokładniej na osiedlu Staszica, stawiałem swoje pierwsze kroki, dosłownie i w przenośni. W Pruszkowie mieszkałem bowiem do 10. roku życia. Chodziłem do przedszkola przy ul. Jasnej, później do podstawówki zwanej przez wszystkich „Dwójką” i do Gimnazjum nr 1. Bardzo dobrze pamiętam czasy, kiedy jako młode chłopaki biegaliśmy z kumplami po Lidze Szóstek, kopiąc w piłę niekiedy także w błocie i deszczu, a potem wracaliśmy do domu cali brudni. To były dobre lata, które do dzisiaj wspominam z sentymentem.

Z Pruszkowa wyprowadziliśmy się z rodzicami, kiedy skończyłem 10 lat. Zamieszkaliśmy w Kaniach i choć sporą część dzieciństwa spędziłem w Pruszkowie, siłą rzeczy przywiązując się do tego miasta, to nowe miejsce spodobało mi się równie mocno. Był to dla mnie wspaniały czas – pamiętne pierwsze jazdy motorynką i liczne wycieczki nad pobliską rzeczkę, które organizowaliśmy ze znajomymi bądź rodzicami, abyśmy razem z bratem mogli jak najwięcej jeździć. Tak poniekąd zrodziła się moja miłość do motoryzacji; wielka pasja, która nieprzerwanie trwa do dzisiaj. Mimo wszystko to nie zamiłowanie do silników ostatecznie zdefiniowało moje życie, ale o tym później.

Po 4 latach spędzonych w Kaniach znów się przeprowadziliśmy, tym razem do Otrębus. Tam poznałem moich przyjaciół, z którymi w weekendy spotykaliśmy się o 9 rano, żeby pokopać piłkę i jeździć na rowerach po sąsiedzkich lasach. Był to okres, kiedy szedłem do gimnazjum. Mały, zbuntowany chłopaczek bez planu na życie. Jedyne, co wówczas siedziało mi w głowie, to żeby jak najszybciej skończyć lekcje, odstawić plecak i wyjść do znajomych. Wszystko się zmieniło, kiedy poszedłem do zawodówki do Grodziska Mazowieckiego, wybierając profil: kucharz małej gastronomii. Pierwsza moja myśl: skończyć jak najszybciej, żeby było z głowy i znaleźć jakąś pracę. Taki wiek.

Praktyki udało mi się znaleźć w warszawskim centrum rozrywkowym. Reszta klasy zaczepiła się w pierogarniach, naleśnikarniach albo zajazdach, mnie to jednak nie kręciło. To wtedy poczułem, że gdzieś w środku nieśmiało zaczyna się rodzić miłość do gotowania. Po roku zmieniłem praktyki i rozpocząłem kolejne a wraz z nimi pracę w knajpie w Pruszkowie. Z kolei zaraz po ukończeniu szkoły, zacząłem rozglądać się za etatem w stolicy. Tułałem się od restauracji do restauracji, a z tyłu głowy nadal majaczyła myśl, że to nie jest to, po co chciałbym sięgnąć w przyszłości. Aż w końcu trafiłem na kuchnię w renomowanym hotelu, a konkretniej w nowo otwieranej filii w Warszawie. To było coś innego; coś, co zaczęło mnie kręcić, ale niedoświadczony chłopak świeżo po szkole, nie miał wcale łatwo na kuchni. Nie poddałem się jednak i uparcie dążyłem do tego, aby wciąż umieć więcej. Każdy dzień był jak trening, uczyłem się, ćwiczyłem i nabierałem doświadczenia, żeby pracować na równi z innymi. Już wtedy wiedziałem, że to jest właśnie to, co kocham i co chcę robić w życiu. Zacząłem interesować się światem gastronomi, trendami, restauracjami i szefami kuchni zarówno z Polski, jak i ze świata. Kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja, jeździłem na festiwale kulinarne, aby tam pod okiem mistrzów zdobywać wiedzę, poznawać kucharzy i rozmawiać godzinami o gotowaniu.

W międzyczasie poznałem też bliźniaków, Kubę i Michała, którzy w pewien sposób pchnęli mnie dalej. Pokazali różne techniki i ukierunkowali zawodowo, dzięki czemu gotowanie stało się dla mnie absolutnym numerem 1. Miałem również przyjemność pracować z nimi przez 3 lata w pewnej restauracji, gdzie mogłem cały czas się rozwijać i doskonalić umiejętności na najlepszych produktach. Z czasem zostałem szefem zmiany, co pozwoliło mi jeszcze mocniej spełniać się w pracy. Nie przestałem się jednak uczyć. Kiedy tylko mogłem, odwiedzałem inne restauracje, pomagałem przy kolacjach degustacyjnych, a także przy tych organizowanych dla celów charytatywnych, nabierałem obycia i poznawałem wielu ciekawych ludzi ze świata kulinarnego.

Przy całym tym zamieszaniu zawodowym, które na przestrzeni lat wypełniało moje życie, Pruszków wciąż był w nim obecny. Wprawdzie zdarzyło się, że z uwagi na pracę w Warszawie, postanowiłem zamieszkać w stolicy, ale bardzo szybko doszedłem do wniosku, że to jednak nie jest miejsce dla mnie. Nie przepadam za tłokiem i hałasem, jakim charakteryzują się wielkomiejskie przestrzenie, więc po roku wróciłem do Pruszkowa i mieszkam tu do dzisiaj. Na szczęście udało mi się znaleźć pracę, która nie nastręcza mi problemów z codziennymi powrotami do domu, więc jestem podwójnie zadowolony.

Cieszy mnie bardzo, że Pruszków przestaje być już tylko sypialnią dla Warszawy, a zaczyna naprawdę się rozwijać, w niczym nie ustępując podobnym miejscowościom. Kiedyś, żeby jechać na jakiekolwiek większe zakupy, trzeba było wsiadać w samochód, o ile ktoś takowym dysponował i przejechać kilkanaście, a niekiedy kilkadziesiąt kilometrów, a teraz? Mieszkańcy mają niemal wszystko na wyciągnięcie ręki. Nie trzeba daleko jeździć ani żeby załatwić ważne sprawy czy zrobić większe zakupy, ani tym bardziej, żeby dobrze zjeść, bo w Pruszkowie nie brakuje dobrych restauracji, barów i kawiarni. Niewątpliwie tutejsza gastronomia z roku na rok się rozrasta. Ze zrozumiałych powodów cieszę się, że zaczynają powstawać lokale z pysznym jedzeniem, dzięki czemu ja sam zacząłem spędzać w mieście więcej czasu i po prostu gotować. Chciałem być częścią lokalnej społeczności, szczególnie że tutaj również poznałem wiele osób związanych z branżą, ale niestety sytuacja na świecie, w jakiej się znaleźliśmy, na pewien czas zablokowała te plany. Mam jednak nadzieję, że wszyscy szybko wrócimy do normalności i będę miał okazję spotkać się z Wami przy kuchni, robiąc to, co najbardziej kocham – gotować.