Nazywam się Maciej Bochnowski.

Większość z Was zna mnie z lokalnych imprez. Część kojarzy brodatego fotografa, z tunelami w uszach, czapką z daszkiem i wzrokiem wiecznie skrytym za obiektywem. Pozostali zapewne wiedzą, że Bochnowski to TEN gość z „Pruszkowiaka”. Niewielu jednak wie, że właściwie jestem dyplomowanym kucharzem, na dodatek od kilku lat szefem kuchni w Pruszkowie. Tak więc aromaty ziołowych mieszanek przeplatają się u mnie z charakterystycznym zgrzytem sprzętu fotograficznego. Makarony z mięsem doprawiam blaskiem fleszy, kurczak tikka masala grilluje się pod baczną strażą lamp, a w piątkowe popołudnie uraczę was porządnym domowym hamburgerem i kiedy ze smakiem będziecie pałaszować zawartość talerza, bez skrupułów uwiecznię waszą minę na zdjęciu.

Wprawdzie w szkolnej edukacji bój o najwyższą punktację wygrały garnki i patelnie, ale fotograficzna iskra tliła się we mnie chyba od zawsze. Pierwszy aparat dostałem od rodziców na urodziny – miałem wtedy może z osiem lat - i już wtedy czułem, że to jest to. Debiutanckie zdjęcia, specyficzny dźwięk towarzyszący każdemu ujęciu, szelest kliszy, a potem ekscytacja związana z samym wywołaniem filmu i oczekiwaniem na efekty - to momenty, które zdefiniowały moją pasję. Jednak w latach 90-tych, kiedy nastała era komputerów, wkrótce również internetu, młodzieńcza głowa nabita była czymś zgoła innym i fotografia poszła w odstawkę. Jak się okazało nie na długo. Pamiętam doskonale tamten przełomowy moment. Wieczór, kiedy mój brat wrócił do domu i wręczył mi metalową walizeczkę z tajemniczą zawartością. W środku krył się zabytkowy Zenit Fotosnajper w jubileuszowym wydaniu Letnich Igrzysk Olimpijskich z 1980 roku w Moskwie. Przepadłem całkowicie, wszystkiego ucząc się samodzielnie i wydając wszystkie pieniądze na klisze oraz kolejne podróże, a ten pasjonujący romans z aparatem trwa do dzisiaj.

Do dzisiaj też odkrywam uroki Pruszkowa. Nie jestem stąd. Urodziłem się i większość życia spędziłem na warszawskiej Ochocie. I jak na pełnokrwistego Warszawiaka przystało, zarzekałem się, że nigdy, absolutnie nigdy nie opuszczę rodzinnych stron. Przyszła żona bardzo szybko jednak zweryfikowała kawalerskie postanowienia i nie powiem, żeby moje pierwsze spotkanie z tym miastem należało do spektakularnych. Ponury obrazek z obdrapanym dworcem na czele, nie zachęcał, zwłaszcza kogoś, kto przywykł do warszawskiej metropolii. Z czasem jednak Pruszków urzekł mnie swoją prostotą, ciszą i wolno toczącą się codziennością, gdzie nikt się nie spieszy. Dziś to zupełnie odmienna rzeczywistość, a Ulica Henryka Sienkiewicza wygląda inaczej niż jeszcze osiem lat temu. Teraz jest tu czysto i schludnie, w zasięgu reki są sklepy, punkty usługowe i kawiarnie, dookoła po prostu tli się życie. Zakotwiczyłem tu na dobre i cieszę się z tego.

Pytacie kim jestem?

Zakochanym ojcem dwójki fantastycznych dzieciaków, Warszawiakiem z urodzenia. Pruszkowiakiem z wyboru. Kucharzem z powołania. Przede wszystkim jednak zafiksowanym fotografem.

Robiąc zdjęcia zatrzymuję czas, dzięki temu widzę więcej.

To po prostu cały ja.